biegnę za wiatrem ma zapach deszczu
w drodze świadomy pomyłki
skręcam za róg obcego domu
u wejścia posępny dąb czyni honory
nieuświadomione do końca potrzeby
drżą pajęczyną w świetle gwiazd
ks...
pod powiekami łzy
jak dojrzałe owoce
uwierają zimnem
silny powinieneś być
gromadzić sens z przypadkowych zdarzeń
nauczony nie gubić siebie
serca bez wzruszeń miłości
zdzieram zasłonę z burz...
który to już wiersz
odszedł
razem z deszczem oszukał samotność
poprawiam los szklanką herbaty
w ogrodzie róże mają czerwone usta
zachęcam szczęście uśmiechem
zaklęta w chwili o której śpiewa...
coż z życia jak jezioro
nadal odbija zachmurzone niebo
idę zapatrzony
daję się przegonić każdej myśli
nie zrobię kariery błyszcząc jak Midas
zamieniam w złoto każdą chwilę
całując w usta piękną...
przechowuję emocje
w coraz mniejszych naczyniach
podskakują pokrywki
jak niedomknięte usta
bardziej czerwone
nie są już potrzebne
byronowskie zachwyty
mistyczny Leśmian taki niski
Poświatows...
modlę się do anioła stróża
ponoć wciąż jest koło nas
jako czysta energia
gdzieś w okolicach łopatek
wędruje z nami w milczeniu
żadne tam żale no może trochę
bezwiednie skradzioną kroplą desz...
znam to spojrzenie
jak laser wypala
karci z pietyzmem
aż do zamknięcia oczu
mam szczelną maskę
z wykrzywionym uśmiechem
gromady słów bez zobowiązań
uczucia noszę w walizce
zbywa mi na tych...
liczę
tyle łez spadło
przelało się przez palce
czy zmienił się świat
ten obok
przewieszony przez krzesło
jak zapomniany płaszcz
nie wiem
komu potrzebna grudka soli
i zapatrzone oczy
gd...
świat się nie skończy
jak zatopiony lodowiec
po czubek chorobliwej bieli
gdy mrugnę staje się od nowa
jak zepsuty neon
uśmiecha się różowo
pod strzechą myśli
wiję gniazdo
pod nowe przekona...
zgubiłem swoją miłość
odeszła zwabiona przysięgą
zapachem konwalii na bezdrożach uczuć
znalazła bardziej potrzebujących
widzę ich samotnych
z ustami przy szybie
w szpitalach z duszą u wezgłowi...
skroplona cisza przymyka powieki
czoło jak jezioro marszczy się na deszczu
czas spowiada się z daleka
słyszę wołanie trzepot ptasich skrzydeł
dotykam dłonią mokrego piasku
może tutaj praczłowie...
jestem niebieski jak noc
podświetlony neonem księżyc
ubrany w przezrocza uczuć
wystawiam się na pewny strzał
nie krępuj się dotknij
wiatr przegonił chmurność z twarzy
żywiczny zapach lasu
utk...
dzień odwraca się nocą
jak ty ode mnie
ma surową twarz
gorycz przerysowuje zmarszczki
marzenia przysiadły na przyzbie
jak anioł mają złożone skrzydła
moje dłonie
wyciągnięte w stronę gwiazd...
kiedyś wbiegną na schody
zostawią uśmiech
trochę czułości w dorosłej garści
daję im słowa - klucze
otwierają labirynty wzruszeń
tam ciepło usidla zmysły
gorycz ciąży ku ziemi
oswajam ciszę...
drzewa kładą się z nocą
jak my przyłożeni do cienia
szukamy drogi tacy mali
dźwigając kruche złudzenia
przyszło nam dalej budować
życie wciąż w zgiełku urasta
domy co marzeń kres spełnią
samo...
nerwy jak pajęczyna
rozwieszona nad ziemią
kołysze lękiem
opleciony czasem
obserwuję deszcz
rozbiegane po szybie
myśli rażą prądem
noc liczy palce
jeszcze jestem
taki sam lub zmieniony...
przed miłością przyklęknę
pewnie jeszcze nie raz
jak pod tym dębem
gdzie otwarta kapliczka
z wiatrem modlitwę składa
polami gdzie koleiny dróg prowadzą
hen za horyzont białej gorczycy
chłop c...
nie patrz na księżyc
popatrz na mnie
też świecę
jak zgrabna świeca
roztaczam swawolne ciepło
cień moich ust
wędruje po ścianie
nawet nie poczujesz
gdy przysiądzie jak motyl
noc jak narko...
nie proś
mam tylko naręcza słów
nie grzmią jak działa
na rozstaju
przekwitają jesienią
twoje jak Waterloo
szablą przecinają węzły
mi bliżej oceanom
kołyszą spokój
na brzegach bursztyny...
stąd dotąd
jest mój świat
ważę go w dłoni
jest taki mały
skacze jak szczeniak
łasi się
szum wody
jak echo woła
oczarowany
sięgam po więcej
noc
pełna jest gwiazd