To nie chmury III
3.
<br>„Ty chamie!”<br><br>
Sobota. Normalnie cieszyłabym się jak nie wiem co, ale właśnie od 3 godzin stoję cała przemoczona na peronie czwartym czekając na spóźniający się pociąg z jakimś chłopakiem, który pewnie okaże się nudnym kujonem, którego wyrzucili ze szkoły za coś kompletnie banalnego, czego nie zrobił on, tylko chłopak siedzący obok niego. <br>
Na peron czwarty wtoczył się spóźniony, stary i zatłoczony pociąg na którym dziesiątki osób wypisywało swoje spostrzeżenia („Ładny widok za zakrętem-uwaga na znak”), albo dowcipne uwagi („Czy ten gołąb kaszle?”). Wysypał się z niego tłum ludzi, śpieszących się na następny pociąg lub po prostu chcących uciec zanim rozpada się jeszcze bardziej. Jak w takim tłumie odnaleźć chłopaka którego na oczy się nie widziało, mając do dyspozycji tylko znerwicowanego, irytującego Miejewicza?
Usłyszałam głos z tak zwanej „szczekaczki”, czyli po prostu megafonu, informujący, że przy wyjściu z pociągu kupić można strucle z makiem i 7upa. Olśniona tym nagłym wybawieniem z kłopotu podbiegłam do pryszczatej dziewczyny z megafonem, wcisnęłam jej w dłoń 10złotowy banknot (korupcja się szerzy) i zabrałam jej szczekaczkę.<br>
-Marcin Sanowski proszony o zgłoszenie się do mnie, stoję pod raz, dwa, trzy… piątym słupem od wejścia do podziemnego przejścia, powtarzam, Marcin Sanowski proszony…
<br>-Dobra, mała, możesz już to odłożyć.
<br>Spojrzałam na chłopaka który to do mnie powiedział. Wyglądał… intrygująco. Dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie Agniego z książki Olgi Tokarczuk.<br>
-Ty jesteś Marcin?<br>
-Tak…
<br>Uśmiechnęłam się, a on spojrzał na nie, jakby doskonale wiedział o czy myślę.<br>
-Ja jestem Kaśka, a to… cholera, gdzie on jest.<br>
Andrzej zniknął. Może doszedł do wniosku, że poradzę sobie sama, albo że jestem skończoną idiotką, albo wystraszył się tego tatuażu na przedramieniu Agniego, wystającego spod czarnego podkoszulka z logiem Led Zeppelin. <br>
-Kto?<br>
-Miał być ze mną jeden chłopak, ale gdzieś go wcięło.<br>
-Aha… a właśnie, padało?<br>
Nie, wylałam na siebie kubeł wody i stanęłam w ciuchach pod prysznicem i dlatego woda ze mnie strumieniami leci.<br>
-Tak, zauważyłeś? ‘Troszkę’ mokro tutaj.<br>
-Ej, co ty taka wściekła. Słonko, złość piękności szkodzi, uśmiechnij się
<br>Wściekła wyszczerzyłam do niego zęby.
-Albo wiesz co… lepiej się nie uśmiechaj. <br>
Wiedziałam jedno. Nie polubiłam go.<br>
Słońce zaczęło prześwitywać przez gęstą warstwę chmur, a deszcz pozostawił po sobie tylko wielkie kałuże na chodniku i mokre ubrania. <br>
-No to co, teraz do szkoły, tak?<br>
-Nie wiem, czy zauważyłeś, ale twój pociąg troszkę się spóźnił i żuka już dawno w szkole nie ma. Masz się u niego zjawić jutro. <br>
-Kogo nie ma?
<br>-żuk to dyrektor.
<br>-Aha, trzeba było tak od razu.
<br>-Tak… teraz pójdziemy do mnie, niestety nie udało mi się załatwić ci innego noclegu przez pół dnia.
<br>-Mi nie przeszkadza.<br>
Ale mnie jak najbardziej!<br><br>
***<br><br>
Weszliśmy do mieszkania. Na szczęście mamy była w pracy, a Zuzia w przedszkolu. <br>
-Tamten pokój jest wolny-pokazałam na drzwi na końcu korytarza-więc na razie możesz tam eee… mieszkać. <br>
-Jakiś czynsz, coś takiego? <br>
Spojrzałam na niego wściekła. Co ja jestem, schronisko dla turystów?<br>
-Nie. To tylko chwilowe rozwiązanie. Tak, łazienka tu, kuchnia tu…<br>
-A tu?<br>
-Tu mój pokój. <br>
-Można?<br>
Zanim zdążyłam mu odpowiedzieć otworzył drzwi i zobaczył to, co moja mama nazywa „pomieszczeniem naładowanym negatywną energią”. Uderzył w nas lekko mdlący zapach kadzidełek z serii orientalnej, wiatr z otwartego okna tarmosił czerwoną zasłonę i chińskie dzwonki. Wydały lekki klekot. <br>
Marcin wszedł do środka. Jego wzrok padł na wiszący nad łóżkiem plakat Zeppelinów. Uśmiechnął się i nic nie mówiąc pokazał na swoją koszulkę. Też się uśmiechnęłam. Podeszłam do wieży i włączyłam jedną z moich ulubionych płyt. Głos Kurta Cobaina rozniósł się po mieszkaniu. Zamknęłam okno. Agni grzebał w moich płytach i książkach. Chciałam mu przerwać, ale od tyłu wyglądał… dokładnie jak ten chłopak, który czasem mi się śnił, choć nigdy nie znałam jego imienia, to w tych snach kochałam go bardziej niż któregokolwiek z tych żywych, realnych ludzi. <br>
Ale coś takiego jak przeznaczenie nie istnieje…<br>
Odwrócił się i spojrzał na mnie dosyć dziwnie. To jego spojrzenie było tak świdrujące, przenikliwe… A gdy się jeszcze uśmiechał, to miałam wrażenie, że doskonale wie, o czym myślę, czyta we mnie jak w otwartej książce. <br>
-Kasia…<br>
-Tak?<br>
-Pozwolisz, że się rozpakuję?<br>
-Słucham? A tak, oczywiście.<br>
Jego plecak na stelażu został w przedpokoju. Wziął go i poszedł do siebie się rozpakować. <br>
Mój Boże, jak to brzmi-do siebie. Jakby już tu mieszkał!<br>
Zrobiłam sobie herbatę (lawendowa-moja ulubiona) i usiadłam przy wysokim, pomarańczowym stole w kuchni. Jeśli on będzie tu mieszkał, to… no zmieni się całe moje życie! Przyznaję się, nie polubiłam go, choć wyglądał dokładnie tak jak powinien wyglądać idealny chłopak i w porównaniu z Miejewiczem był po prostu niesamowity. Ale Miejewicz był idiotą bez charakteru. <br>
Z pokoju Marcina doleciał do mnie jakiś niezwykle głośny huk, jakby zawaliła się podłoga i głuchy jęk Agniego. <br>
Zapomniałam powiedzieć mu, że łóżko ma obluzowaną nogę. <br>
-Ag... tfu, Marcin?<br>
Usłyszałam serię wyszukanych przekleństw, więc weszłam do pokoju.<br>
-W porządku?<br>
Nie było w porządku. Marcin leżał na łóżku, które, jak przewidziałam załamało się gdy się na nie rzucił. <br>
-Wybacz, zapomniałam ci powiedzieć.<br>
-Tak, darmowe noclegi zawsze tak wyglądają.
<br>Co za CHAM! Rozumiem, że może mu się coś nie podobać, ale to chyba już przesada?! <br>
-Słuchaj, jeśli coś ci nie odpowiada, to idź spać pod most, bo w tym mieście NIE DA SIę załatwić noclegu innego niż Rodło w czasie…
<br>-Innego niż co?
<br>-Hotel.
-Aha spoko. Możesz kontynuować wypluwanie ze swojej ślicznej buźki tych niezwykle negatywnie nastawionych słówek.<br>
Myślałam, że mu przyłożę.<br><br>
<br>„Ty chamie!”<br><br>
Sobota. Normalnie cieszyłabym się jak nie wiem co, ale właśnie od 3 godzin stoję cała przemoczona na peronie czwartym czekając na spóźniający się pociąg z jakimś chłopakiem, który pewnie okaże się nudnym kujonem, którego wyrzucili ze szkoły za coś kompletnie banalnego, czego nie zrobił on, tylko chłopak siedzący obok niego. <br>
Na peron czwarty wtoczył się spóźniony, stary i zatłoczony pociąg na którym dziesiątki osób wypisywało swoje spostrzeżenia („Ładny widok za zakrętem-uwaga na znak”), albo dowcipne uwagi („Czy ten gołąb kaszle?”). Wysypał się z niego tłum ludzi, śpieszących się na następny pociąg lub po prostu chcących uciec zanim rozpada się jeszcze bardziej. Jak w takim tłumie odnaleźć chłopaka którego na oczy się nie widziało, mając do dyspozycji tylko znerwicowanego, irytującego Miejewicza?
Usłyszałam głos z tak zwanej „szczekaczki”, czyli po prostu megafonu, informujący, że przy wyjściu z pociągu kupić można strucle z makiem i 7upa. Olśniona tym nagłym wybawieniem z kłopotu podbiegłam do pryszczatej dziewczyny z megafonem, wcisnęłam jej w dłoń 10złotowy banknot (korupcja się szerzy) i zabrałam jej szczekaczkę.<br>
-Marcin Sanowski proszony o zgłoszenie się do mnie, stoję pod raz, dwa, trzy… piątym słupem od wejścia do podziemnego przejścia, powtarzam, Marcin Sanowski proszony…
<br>-Dobra, mała, możesz już to odłożyć.
<br>Spojrzałam na chłopaka który to do mnie powiedział. Wyglądał… intrygująco. Dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie Agniego z książki Olgi Tokarczuk.<br>
-Ty jesteś Marcin?<br>
-Tak…
<br>Uśmiechnęłam się, a on spojrzał na nie, jakby doskonale wiedział o czy myślę.<br>
-Ja jestem Kaśka, a to… cholera, gdzie on jest.<br>
Andrzej zniknął. Może doszedł do wniosku, że poradzę sobie sama, albo że jestem skończoną idiotką, albo wystraszył się tego tatuażu na przedramieniu Agniego, wystającego spod czarnego podkoszulka z logiem Led Zeppelin. <br>
-Kto?<br>
-Miał być ze mną jeden chłopak, ale gdzieś go wcięło.<br>
-Aha… a właśnie, padało?<br>
Nie, wylałam na siebie kubeł wody i stanęłam w ciuchach pod prysznicem i dlatego woda ze mnie strumieniami leci.<br>
-Tak, zauważyłeś? ‘Troszkę’ mokro tutaj.<br>
-Ej, co ty taka wściekła. Słonko, złość piękności szkodzi, uśmiechnij się
<br>Wściekła wyszczerzyłam do niego zęby.
-Albo wiesz co… lepiej się nie uśmiechaj. <br>
Wiedziałam jedno. Nie polubiłam go.<br>
Słońce zaczęło prześwitywać przez gęstą warstwę chmur, a deszcz pozostawił po sobie tylko wielkie kałuże na chodniku i mokre ubrania. <br>
-No to co, teraz do szkoły, tak?<br>
-Nie wiem, czy zauważyłeś, ale twój pociąg troszkę się spóźnił i żuka już dawno w szkole nie ma. Masz się u niego zjawić jutro. <br>
-Kogo nie ma?
<br>-żuk to dyrektor.
<br>-Aha, trzeba było tak od razu.
<br>-Tak… teraz pójdziemy do mnie, niestety nie udało mi się załatwić ci innego noclegu przez pół dnia.
<br>-Mi nie przeszkadza.<br>
Ale mnie jak najbardziej!<br><br>
***<br><br>
Weszliśmy do mieszkania. Na szczęście mamy była w pracy, a Zuzia w przedszkolu. <br>
-Tamten pokój jest wolny-pokazałam na drzwi na końcu korytarza-więc na razie możesz tam eee… mieszkać. <br>
-Jakiś czynsz, coś takiego? <br>
Spojrzałam na niego wściekła. Co ja jestem, schronisko dla turystów?<br>
-Nie. To tylko chwilowe rozwiązanie. Tak, łazienka tu, kuchnia tu…<br>
-A tu?<br>
-Tu mój pokój. <br>
-Można?<br>
Zanim zdążyłam mu odpowiedzieć otworzył drzwi i zobaczył to, co moja mama nazywa „pomieszczeniem naładowanym negatywną energią”. Uderzył w nas lekko mdlący zapach kadzidełek z serii orientalnej, wiatr z otwartego okna tarmosił czerwoną zasłonę i chińskie dzwonki. Wydały lekki klekot. <br>
Marcin wszedł do środka. Jego wzrok padł na wiszący nad łóżkiem plakat Zeppelinów. Uśmiechnął się i nic nie mówiąc pokazał na swoją koszulkę. Też się uśmiechnęłam. Podeszłam do wieży i włączyłam jedną z moich ulubionych płyt. Głos Kurta Cobaina rozniósł się po mieszkaniu. Zamknęłam okno. Agni grzebał w moich płytach i książkach. Chciałam mu przerwać, ale od tyłu wyglądał… dokładnie jak ten chłopak, który czasem mi się śnił, choć nigdy nie znałam jego imienia, to w tych snach kochałam go bardziej niż któregokolwiek z tych żywych, realnych ludzi. <br>
Ale coś takiego jak przeznaczenie nie istnieje…<br>
Odwrócił się i spojrzał na mnie dosyć dziwnie. To jego spojrzenie było tak świdrujące, przenikliwe… A gdy się jeszcze uśmiechał, to miałam wrażenie, że doskonale wie, o czym myślę, czyta we mnie jak w otwartej książce. <br>
-Kasia…<br>
-Tak?<br>
-Pozwolisz, że się rozpakuję?<br>
-Słucham? A tak, oczywiście.<br>
Jego plecak na stelażu został w przedpokoju. Wziął go i poszedł do siebie się rozpakować. <br>
Mój Boże, jak to brzmi-do siebie. Jakby już tu mieszkał!<br>
Zrobiłam sobie herbatę (lawendowa-moja ulubiona) i usiadłam przy wysokim, pomarańczowym stole w kuchni. Jeśli on będzie tu mieszkał, to… no zmieni się całe moje życie! Przyznaję się, nie polubiłam go, choć wyglądał dokładnie tak jak powinien wyglądać idealny chłopak i w porównaniu z Miejewiczem był po prostu niesamowity. Ale Miejewicz był idiotą bez charakteru. <br>
Z pokoju Marcina doleciał do mnie jakiś niezwykle głośny huk, jakby zawaliła się podłoga i głuchy jęk Agniego. <br>
Zapomniałam powiedzieć mu, że łóżko ma obluzowaną nogę. <br>
-Ag... tfu, Marcin?<br>
Usłyszałam serię wyszukanych przekleństw, więc weszłam do pokoju.<br>
-W porządku?<br>
Nie było w porządku. Marcin leżał na łóżku, które, jak przewidziałam załamało się gdy się na nie rzucił. <br>
-Wybacz, zapomniałam ci powiedzieć.<br>
-Tak, darmowe noclegi zawsze tak wyglądają.
<br>Co za CHAM! Rozumiem, że może mu się coś nie podobać, ale to chyba już przesada?! <br>
-Słuchaj, jeśli coś ci nie odpowiada, to idź spać pod most, bo w tym mieście NIE DA SIę załatwić noclegu innego niż Rodło w czasie…
<br>-Innego niż co?
<br>-Hotel.
-Aha spoko. Możesz kontynuować wypluwanie ze swojej ślicznej buźki tych niezwykle negatywnie nastawionych słówek.<br>
Myślałam, że mu przyłożę.<br><br>
0
0
2 odsłon