To nie chmury IX
9.
„Dziwna jakaś”
Wielkie fale, refleksy światła pomieszane z cieniami mew. I ten kolor, charakterystyczny kolor słonej, morskiej wody. Na szarym niebie czarne chmury zwiastujące silny deszcz. Wiatr szarpiący płaszczami i włosami, zrywający z głów czapki i kapelusze.
Polskie morze!
Nikt co prawda nie czekał na upały i choćby do kolan zanurzenie się w wodzie, ale jednak takiego zimna też się nie spodziewaliśmy. Słońce wyglądało na zamarznięte.
Taka chwila nad morzem to podobno przekleństwo, a my właśnie staliśmy na plaży.
-Chcecie czas wolny?
Spojrzałam na Strzygę rozbawiona. Była wyraźnie zmieszana, słyszałam że planowała opalanie się w (uwaga!) bikini. Szczyt nieprzyzwoitości, 80cio kilowa baba w takim stroju.
Propozycja wolnego czasu jednakże spotkała się z ogólnym entuzjazmem. W końcu każdy miał jakiś pomysł, jak spędzić marne dwie godziny.
Moim było szukanie parasolki.
Poprzednia jest teraz gdzieś we Lwowie, w końcu tam ją zgubiłam. Niezbyt była ciekawa, więc jej braku nie odczułam szczególnie boleśnie. Zapowiadały się jednak deszczowe dni a j i tak chciałam kupić nowa, więc uznałam to za dobry pomysł.
Kama stwierdziła, że zapowiada się świetna zabawa, jak zawsze, kiedy ja próbuję coś kupić. Obydwie uważałyśmy więc tę formę spędzania czasu za świetny pomysł.
Dopóki nie okazało się, że w mieście którego się nie zna nie tak łatwo cokolwiek znaleźć.
Chodziłyśmy na chybił-trafił, mijając wiele kawiarni i jeszcze więcej budek z jedzeniem i firmowych sklepów typu Adidas. Przed nami pojawiły się typowe dla rynku namioty.
Dopadłyśmy stoisko z owocami za horrendalnie wysoką cenę kupiłyśmy truskawki, które obydwie uwielbiałyśmy.
Z rynku przeniosłyśmy się do Alei Sklepowej, która nazwę wzięła chyba stąd, że był na niej tylko jeden sklep. Wolny czas dobiegał końca, więc chciałyśmy już wracać.
Wtedy w tym właśnie jedynym sklepie dojrzałam coś pomarańczowego. Dobiegłam do witryny, gdzie okazało się, że faktycznie była to parasolka. Wyglądała idealnie. Pomarańczowa rączka i taka sama „tkanina rozciągnięta na drucianym stelażu”, jak to jest wytłumaczone w słowniku na Onecie, zrobiona z czegoś podobnego d półprzezroczystej grubej folii. Wzięłam ją do ręki i trzymałam z głupim, wniebowzięty uśmiechem ustach. Rozłożyłam ją i podziwiałam, jak odbija refleksy światła.
Tę cudowną chwilę przerwała mi brutalnie czyjaś wielka łapa na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się lekko i odwróciłam.
Nie. To cos, co przede mną stoi nie może być bezkształtnym skrzyżowaniem człowieka gargulcem z garnkiem na głowie. To tylko skutek znalezienia idealnej parasolki, skutek szoku.
Nagle to coś otworzyło usta i odezwało się grubym, z braku lepszego określenia muszę powiedzieć: kobiecym głosem.
- Kupujesz albo odkładaj. Co się tak gapisz, człowieka nie widziałaś?
Zamrugałam oczami, ale widmo nie zniknęło, widocznie było prawdziwe. Spytałam ile kosztuje, po czym dałam jej 14 zł i odeszłam w stanie ciężkiego szoku, słysząc za sobą teksty typu „durne bachory”. Miło.
Za mną biegła Kama, lewo stojąc ze śmiechu.
***
Gdy wróciliśmy do ośrodka i zjadłyśmy z Kamą truskawki, a widmo odeszło z mojej pamięci i postanowiłam pooglądać najświeższy zakup. Kama siedziała na łóżku patrząc na mnie rozbawiona.
Rozłożyłam parasol, a po pokoju rozniósł się obrzydliwy zapach niezidentyfikowanego pochodzenia. Na półprzezroczystej folii widać było pomarańczowy proszek.
-Jezu, Ruda, umyj to! Śmierdzi!
Włożyłam cudo pod prysznic. Gdy byłam w trakcie zmywania, do pokoju wpadł Marcin, a do łazienki weszła Kama, ze zdegustowanym wyrazem twarzy.
-Kompletnie zalany. Zostaw to i przemów mu do rozumu. Lepsza w tym jesteś.
Stanęłam przed nim, i usłyszałam zdecydowane pukanie do drzwi. A w ten sposób puka tylko…
-Strzyga! Zabierz go… nie wiem… na balkon!.
Wzięłam parasol, Marcina i zamknęłam za sobą drzwi.
Kamila wpuściła Gorzką, która zapytała, gdzie jestem.
-Na balkonie, wiesza… parasol??
Powiedziała to mocno zdziwiona, pewnie dlatego, że faktycznie go wieszałam. Wisiał przez to za balustradą i było go doskonale widać z ulicy. Efekt niezamierzony.
Spojrzałam w stronę drzwi, ale Strzygi już nie było, więc zaczęłam umoralniać Marcina.
-Co ty wyrabiasz?
-Co?
-Czym się upiłeś?
-Nie upiłem się.
Z mojego wzroku wyrażającego więcej niż wściekłość wyczytał, że tym razem nie będę żartować.
Nie toleruję alkoholu w ilościach wystarczających by się upić.
-Prawie jak prawda-odpowiedziałam z irytacją.
-Ale to tylko trochę… dam gdzieś zniknął… zamknął klucz.
Przez chwilę domyślałam się sensu tych krótkich zdań, po czym doszłam do wniosku, że Adam, z którym Marcin był w pokoju zamknął pokój, zabrał klucz i gdzieś poszedł.
-Wiedziałam. Wiedziałam! Kama! Idź, poszukaj Adama, weź klucz do ich pokoju.
-I tak na piękne oczy mi da?
-A żebyś wiedziała! Udowodnij, że te plotki o najbardziej przekonującej dziewczynie w szkole nie są przesadzone.
Kiedy wyszła, usiadłam na fotelu, a za mną wszedł Marcin. Usiadł naprzeciw.
-Jesteś zła?
Spojrzałam na niego zirytowana.
-Chyba jesteś.
Zasnął.
Kama wróciła jakieś pół godziny później. Naturalnie bez klucza.
-Adama nigdzie nie ma. Ale znalazłam Netto-dodała tonem usprawiedliwienia.-on… śpi?
-Tak.
-Długo?
-Dość.
-Idziemy.
-Gdzie?
-Do Netto.
-A on?
Rzuciłam jej spojrzenie typu: ”co mnie to”. I wyszłam.
***
Wyszłyśmy z ośrodka i doszłyśmy d wniosku, że piękny, słoneczny czerwcowy wieczór jest odpowiedni do ćwiczenia języka angielskiego, z którego resztą obydwie byłyśmy dość dobre. Polegało to mniej-więcej na udawaniu, ze ja jestem z Anglii, nie rozumiem polskiego i przyjechałam do Kamili na wakacje.
-So, you think, that it’s good idea?
-Yes, why not. If we will go there in the middle of the night nobody will see as. Strzyga won’t see as.
-But what if somebody attack us?
Rzuciłam jej wymowne pojrzenie i wybuchłam śmiechem. “Czy ktoś nas nie zaatakuje”. Jeżeli są tu jacyś niezrównoważeni psychicznie seryjni mordercy to czemu nie, ale jeszcze nie widziałam, żeby ktokolwiek odważył się do Kamy nawet podejść, a co dopiero zaatakować. Większość ludzi omijała ja szerokim lukiem. Ze spuszczonymi głowami.
-No co ty, o północy na plaży? Jeszcze na terenie ośrodka?-spytałam ją, kontynuując rozmowę w obcym języku.
-No w sumie to masz racje… Kurcze…
-Co jest?
-Szczerze?- spytała dziwnym głosem
-Mów!
-Zgubiłyśmy się.
Poczułam, ze mam ochotę ją zabić.
-żartujesz?
-Nie.
-Nie?
-Nie…
-Pięknie. Po prostu ekstra. Zawsze marzyłam, żeby zgubić się z tobą jakimś kompletnie nieznanym mieście, bez komórki ani mapy.
-No widzisz? Zawsze wiedziałam, że marzenia się spełniają. No co? Ok., byłam pewna, ze to tutaj, a potem mnie zagadałaś i tak jakoś wyszło.
-Zmysł orientacyjny brytfanny. No nic, trudno, chodźmy z powrotem…
-Kaśka…
-Co?
-Spójrz na lewo.
Spojrzałam. I co zobaczyłam?
Netto naturalnie.
-Zdecydowanie powinni cię powiesić. Zaoszczędzono by przyszłym pokoleniom problemów.
-Dzięki Ruda.
Weszłyśmy do Netto a tam nie dość, że zimno to jeszcze masa ludzi. Jakby całe Międzyzdroje razem z okolicznymi wiochami się zleciały.
-Ekhm… jeszcze raz, po co przyszłyśmy?
-Po jedno opakowanie Apap’u.
-Powiedz jeszcze, że sześć tabletek.
-Dwie.
-Nie mogłaś w kiosku kupić, Ruda!
-A wiesz gdzie kiosk?
Kłócąc się weszłyśmy do sklepu. Po pewnym czasie zauważyłam, ż koszyk który wzięłam przy wejściu jest już pełen czekolady i tym podobnych artykułów.
-Kama, po co ty to bierzesz?
-Nie wiem?
Stała chwilę bez ruchu, najwyraźniej myśląc o tym, co robi, po czym wyjęła kilka pudełek, dorzuciła wiśnie w czekoladzie, lody o smaku tiramisu i ruszyła w stronę kasy.
Gdy wszystko co wzięła zostały skasowane zauważyła, że nie starczy jej pieniędzy.
W końcu wyszłyśmy bez tabletek.
***
Marcin nie spał już jak wróciłyśmy, a może raczej jak ja wróciłam, Kama zmyła się po drodze do cukierni. Siedział na łóżku, z opuszczoną głową.
-Siema. żyjesz?
-Tak jakby-odpowiedział trochę przybitym głosem.-a co?
-Czekolady chcesz?
Wyciągnęłam z torby jedną z zakupionych tabliczek tego jakże niezbędnego artykułu spożywczego. Marcin tylko na mnie spojrzał i pokręcił głową.
Usłyszałam pukanie do drzwi i pomyślałam, ze jeśli to Strzyga to leżymy. Znowu będzie wykład o szkodliwości czekolady.
-Jest Marcin?- Adam nie czekając na odpowiedź wepchnął się do pokoju i usiadł na łóżku.
-Siema.
-Hej stary. Chcesz?- wyjął z plecaka dwie puszki piwa.
Marcin jednak odmówił.
-Jak wolisz. Idziesz do pokoju?
-Dojdę.
-Jak wolisz.
W trakcie tej rozmowy, pokazującej gadatliwość obydwu uczestników zdążyłam wysuszyć do końca parasol, powiesić go w szafie i wyrzucić zgniecione kartki. Adam wyszedł trzaskając drzwiami jak to on ma w zwyczaju, a z szafy doszedł nas odgłos, jakby coś spadało. Podeszłam i otworzyłam. Stanęłam osłupiała.
Na wieszaku wisiała rączka od parasolki. Wisiała i bujała się dość rytmicznie, powiem nawet, że w takt jakiegoś hip-hopu dochodzącego z pokoju obok. A reszta…
Marcin stanął obok mnie i zaczął zwijać się ze śmiechu. Reszta parasolki leżała na dnie szafy, nadal pięknie pomarańczowa, ale jakoś tak brakowało jej rączki.
W tym momencie do pokoju weszła Kama.
-Na co się tak gapicie?
Zajrzała mi przez ramię.
-A nie mówiłam, ze dziwna jakaś.
-Miałaś racje.
-Wiem.
-Czekaj… nie mówiłaś.
-Nie? Ale chciałam. Na pewno.
„Dziwna jakaś”
Wielkie fale, refleksy światła pomieszane z cieniami mew. I ten kolor, charakterystyczny kolor słonej, morskiej wody. Na szarym niebie czarne chmury zwiastujące silny deszcz. Wiatr szarpiący płaszczami i włosami, zrywający z głów czapki i kapelusze.
Polskie morze!
Nikt co prawda nie czekał na upały i choćby do kolan zanurzenie się w wodzie, ale jednak takiego zimna też się nie spodziewaliśmy. Słońce wyglądało na zamarznięte.
Taka chwila nad morzem to podobno przekleństwo, a my właśnie staliśmy na plaży.
-Chcecie czas wolny?
Spojrzałam na Strzygę rozbawiona. Była wyraźnie zmieszana, słyszałam że planowała opalanie się w (uwaga!) bikini. Szczyt nieprzyzwoitości, 80cio kilowa baba w takim stroju.
Propozycja wolnego czasu jednakże spotkała się z ogólnym entuzjazmem. W końcu każdy miał jakiś pomysł, jak spędzić marne dwie godziny.
Moim było szukanie parasolki.
Poprzednia jest teraz gdzieś we Lwowie, w końcu tam ją zgubiłam. Niezbyt była ciekawa, więc jej braku nie odczułam szczególnie boleśnie. Zapowiadały się jednak deszczowe dni a j i tak chciałam kupić nowa, więc uznałam to za dobry pomysł.
Kama stwierdziła, że zapowiada się świetna zabawa, jak zawsze, kiedy ja próbuję coś kupić. Obydwie uważałyśmy więc tę formę spędzania czasu za świetny pomysł.
Dopóki nie okazało się, że w mieście którego się nie zna nie tak łatwo cokolwiek znaleźć.
Chodziłyśmy na chybił-trafił, mijając wiele kawiarni i jeszcze więcej budek z jedzeniem i firmowych sklepów typu Adidas. Przed nami pojawiły się typowe dla rynku namioty.
Dopadłyśmy stoisko z owocami za horrendalnie wysoką cenę kupiłyśmy truskawki, które obydwie uwielbiałyśmy.
Z rynku przeniosłyśmy się do Alei Sklepowej, która nazwę wzięła chyba stąd, że był na niej tylko jeden sklep. Wolny czas dobiegał końca, więc chciałyśmy już wracać.
Wtedy w tym właśnie jedynym sklepie dojrzałam coś pomarańczowego. Dobiegłam do witryny, gdzie okazało się, że faktycznie była to parasolka. Wyglądała idealnie. Pomarańczowa rączka i taka sama „tkanina rozciągnięta na drucianym stelażu”, jak to jest wytłumaczone w słowniku na Onecie, zrobiona z czegoś podobnego d półprzezroczystej grubej folii. Wzięłam ją do ręki i trzymałam z głupim, wniebowzięty uśmiechem ustach. Rozłożyłam ją i podziwiałam, jak odbija refleksy światła.
Tę cudowną chwilę przerwała mi brutalnie czyjaś wielka łapa na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się lekko i odwróciłam.
Nie. To cos, co przede mną stoi nie może być bezkształtnym skrzyżowaniem człowieka gargulcem z garnkiem na głowie. To tylko skutek znalezienia idealnej parasolki, skutek szoku.
Nagle to coś otworzyło usta i odezwało się grubym, z braku lepszego określenia muszę powiedzieć: kobiecym głosem.
- Kupujesz albo odkładaj. Co się tak gapisz, człowieka nie widziałaś?
Zamrugałam oczami, ale widmo nie zniknęło, widocznie było prawdziwe. Spytałam ile kosztuje, po czym dałam jej 14 zł i odeszłam w stanie ciężkiego szoku, słysząc za sobą teksty typu „durne bachory”. Miło.
Za mną biegła Kama, lewo stojąc ze śmiechu.
***
Gdy wróciliśmy do ośrodka i zjadłyśmy z Kamą truskawki, a widmo odeszło z mojej pamięci i postanowiłam pooglądać najświeższy zakup. Kama siedziała na łóżku patrząc na mnie rozbawiona.
Rozłożyłam parasol, a po pokoju rozniósł się obrzydliwy zapach niezidentyfikowanego pochodzenia. Na półprzezroczystej folii widać było pomarańczowy proszek.
-Jezu, Ruda, umyj to! Śmierdzi!
Włożyłam cudo pod prysznic. Gdy byłam w trakcie zmywania, do pokoju wpadł Marcin, a do łazienki weszła Kama, ze zdegustowanym wyrazem twarzy.
-Kompletnie zalany. Zostaw to i przemów mu do rozumu. Lepsza w tym jesteś.
Stanęłam przed nim, i usłyszałam zdecydowane pukanie do drzwi. A w ten sposób puka tylko…
-Strzyga! Zabierz go… nie wiem… na balkon!.
Wzięłam parasol, Marcina i zamknęłam za sobą drzwi.
Kamila wpuściła Gorzką, która zapytała, gdzie jestem.
-Na balkonie, wiesza… parasol??
Powiedziała to mocno zdziwiona, pewnie dlatego, że faktycznie go wieszałam. Wisiał przez to za balustradą i było go doskonale widać z ulicy. Efekt niezamierzony.
Spojrzałam w stronę drzwi, ale Strzygi już nie było, więc zaczęłam umoralniać Marcina.
-Co ty wyrabiasz?
-Co?
-Czym się upiłeś?
-Nie upiłem się.
Z mojego wzroku wyrażającego więcej niż wściekłość wyczytał, że tym razem nie będę żartować.
Nie toleruję alkoholu w ilościach wystarczających by się upić.
-Prawie jak prawda-odpowiedziałam z irytacją.
-Ale to tylko trochę… dam gdzieś zniknął… zamknął klucz.
Przez chwilę domyślałam się sensu tych krótkich zdań, po czym doszłam do wniosku, że Adam, z którym Marcin był w pokoju zamknął pokój, zabrał klucz i gdzieś poszedł.
-Wiedziałam. Wiedziałam! Kama! Idź, poszukaj Adama, weź klucz do ich pokoju.
-I tak na piękne oczy mi da?
-A żebyś wiedziała! Udowodnij, że te plotki o najbardziej przekonującej dziewczynie w szkole nie są przesadzone.
Kiedy wyszła, usiadłam na fotelu, a za mną wszedł Marcin. Usiadł naprzeciw.
-Jesteś zła?
Spojrzałam na niego zirytowana.
-Chyba jesteś.
Zasnął.
Kama wróciła jakieś pół godziny później. Naturalnie bez klucza.
-Adama nigdzie nie ma. Ale znalazłam Netto-dodała tonem usprawiedliwienia.-on… śpi?
-Tak.
-Długo?
-Dość.
-Idziemy.
-Gdzie?
-Do Netto.
-A on?
Rzuciłam jej spojrzenie typu: ”co mnie to”. I wyszłam.
***
Wyszłyśmy z ośrodka i doszłyśmy d wniosku, że piękny, słoneczny czerwcowy wieczór jest odpowiedni do ćwiczenia języka angielskiego, z którego resztą obydwie byłyśmy dość dobre. Polegało to mniej-więcej na udawaniu, ze ja jestem z Anglii, nie rozumiem polskiego i przyjechałam do Kamili na wakacje.
-So, you think, that it’s good idea?
-Yes, why not. If we will go there in the middle of the night nobody will see as. Strzyga won’t see as.
-But what if somebody attack us?
Rzuciłam jej wymowne pojrzenie i wybuchłam śmiechem. “Czy ktoś nas nie zaatakuje”. Jeżeli są tu jacyś niezrównoważeni psychicznie seryjni mordercy to czemu nie, ale jeszcze nie widziałam, żeby ktokolwiek odważył się do Kamy nawet podejść, a co dopiero zaatakować. Większość ludzi omijała ja szerokim lukiem. Ze spuszczonymi głowami.
-No co ty, o północy na plaży? Jeszcze na terenie ośrodka?-spytałam ją, kontynuując rozmowę w obcym języku.
-No w sumie to masz racje… Kurcze…
-Co jest?
-Szczerze?- spytała dziwnym głosem
-Mów!
-Zgubiłyśmy się.
Poczułam, ze mam ochotę ją zabić.
-żartujesz?
-Nie.
-Nie?
-Nie…
-Pięknie. Po prostu ekstra. Zawsze marzyłam, żeby zgubić się z tobą jakimś kompletnie nieznanym mieście, bez komórki ani mapy.
-No widzisz? Zawsze wiedziałam, że marzenia się spełniają. No co? Ok., byłam pewna, ze to tutaj, a potem mnie zagadałaś i tak jakoś wyszło.
-Zmysł orientacyjny brytfanny. No nic, trudno, chodźmy z powrotem…
-Kaśka…
-Co?
-Spójrz na lewo.
Spojrzałam. I co zobaczyłam?
Netto naturalnie.
-Zdecydowanie powinni cię powiesić. Zaoszczędzono by przyszłym pokoleniom problemów.
-Dzięki Ruda.
Weszłyśmy do Netto a tam nie dość, że zimno to jeszcze masa ludzi. Jakby całe Międzyzdroje razem z okolicznymi wiochami się zleciały.
-Ekhm… jeszcze raz, po co przyszłyśmy?
-Po jedno opakowanie Apap’u.
-Powiedz jeszcze, że sześć tabletek.
-Dwie.
-Nie mogłaś w kiosku kupić, Ruda!
-A wiesz gdzie kiosk?
Kłócąc się weszłyśmy do sklepu. Po pewnym czasie zauważyłam, ż koszyk który wzięłam przy wejściu jest już pełen czekolady i tym podobnych artykułów.
-Kama, po co ty to bierzesz?
-Nie wiem?
Stała chwilę bez ruchu, najwyraźniej myśląc o tym, co robi, po czym wyjęła kilka pudełek, dorzuciła wiśnie w czekoladzie, lody o smaku tiramisu i ruszyła w stronę kasy.
Gdy wszystko co wzięła zostały skasowane zauważyła, że nie starczy jej pieniędzy.
W końcu wyszłyśmy bez tabletek.
***
Marcin nie spał już jak wróciłyśmy, a może raczej jak ja wróciłam, Kama zmyła się po drodze do cukierni. Siedział na łóżku, z opuszczoną głową.
-Siema. żyjesz?
-Tak jakby-odpowiedział trochę przybitym głosem.-a co?
-Czekolady chcesz?
Wyciągnęłam z torby jedną z zakupionych tabliczek tego jakże niezbędnego artykułu spożywczego. Marcin tylko na mnie spojrzał i pokręcił głową.
Usłyszałam pukanie do drzwi i pomyślałam, ze jeśli to Strzyga to leżymy. Znowu będzie wykład o szkodliwości czekolady.
-Jest Marcin?- Adam nie czekając na odpowiedź wepchnął się do pokoju i usiadł na łóżku.
-Siema.
-Hej stary. Chcesz?- wyjął z plecaka dwie puszki piwa.
Marcin jednak odmówił.
-Jak wolisz. Idziesz do pokoju?
-Dojdę.
-Jak wolisz.
W trakcie tej rozmowy, pokazującej gadatliwość obydwu uczestników zdążyłam wysuszyć do końca parasol, powiesić go w szafie i wyrzucić zgniecione kartki. Adam wyszedł trzaskając drzwiami jak to on ma w zwyczaju, a z szafy doszedł nas odgłos, jakby coś spadało. Podeszłam i otworzyłam. Stanęłam osłupiała.
Na wieszaku wisiała rączka od parasolki. Wisiała i bujała się dość rytmicznie, powiem nawet, że w takt jakiegoś hip-hopu dochodzącego z pokoju obok. A reszta…
Marcin stanął obok mnie i zaczął zwijać się ze śmiechu. Reszta parasolki leżała na dnie szafy, nadal pięknie pomarańczowa, ale jakoś tak brakowało jej rączki.
W tym momencie do pokoju weszła Kama.
-Na co się tak gapicie?
Zajrzała mi przez ramię.
-A nie mówiłam, ze dziwna jakaś.
-Miałaś racje.
-Wiem.
-Czekaj… nie mówiłaś.
-Nie? Ale chciałam. Na pewno.
0
0
1 odsłon