Gorzka Kawa
W dzien kiedy słonce już górowało nad głowami mieszkańców miasta, w którym zamieszkałem, wydawało się, że spokoju jaki panował w tym miejscu nie da się zagłuszyć.
Wydawało się, że ten dzień został stworzony- powołany do tego, aby wszyscy ludzie swiata, w jednej minucie, zjednoczyli się i pchnęli wszelkie nieszczęścia w ciemna otchłań nicości i zapomnienia.
Siedziałem na balkonie swojego mieszkania i przypatrywałam się przechodniom spacerującym pod moim siedziskiem.
Spojrzałem na kobiete z dzieckiem wlasnie wychodzaca zza granicy krawędzi balkonu, tak ze moglem zobaczuc jej glowe, a chwile pozniej plecy. Miala na sobie obfita suknie, niby na bal przebierańców, a dziecko idace obok niej nieznośnie popiskiwalo cos o cukierkach i lizakach.
Zniesmaczony widokiem zarówno kobiety, jak i dziecka obejrzałem się w drugą stronę ku lewej części balkonu.
Słońce przypiekało, na niebie nie było ani jednej chmury, tłum pode mną zaczął się rozrastać.
Tym razem przyjrzałem się grubemu mężczyźnie w garniturze, który co chwila wycierał czoło chusteczką. Jego łysa głowa odbijała światło niczym lustro, raniąc moje oczy, aż popłynęły z nich łzy.
Obróciłem głowę w stronę mieszkania, gdzie panował półmrok, aby odzyskać możliwość widzenia, po czym znow spojrzałem pod siebie.
Widziałem starszą kobietę, całą pomarszczoną, z obrzydliwą czerwoną pomadką na ustach.
Jej szare oczy sprawiały wrażenie chorych, a ciało przypominało mi rozkładające się zwłoki.
Nie mogąc dłużej wytrzymać tego widoku, wszedłem do środka swojego domostwa i zaparzyłem filiżankę kawy.
Posłodziłem jak zwykle dwie łyżeczki cukru i wziąłem łyk. Poczułem ciecz spływającą przez jamę ustną az do żołądka. Ciało wykrzywiło się, usta zwężyły, oczy zaszły krwią.
Kawa miała cierpki posmak, którego nienawidziłem, i do którego nie przyzwyczaiłem się, mimo iż pijam ją już parę lat.
Za każdym razem kiedy ją piję zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie mi smakowała, jednak wewnętrzna potrzeba bólu każe mi po nią sięgać.
Piję więc tę kawę co dzień i co dzień czuję to samo do niej obrzydzenie i wstręt.
Fusy dostające się między moje zęby zaczynają się rozkładać już w momencie, kiedy na trafią na przeszkodę i szczotkowanie zębów wcale nie pomaga mi w pozbyciu się tego wstrętnego żółtawego nalotu na ściankach zębów.
Sama kawa wywołuje u mnie nagłą chęć wypróżnienia się, doprowadza do niekontrolowanego odruchu wymiotnego i rozwolnienia.
Nienawidzę jej!
Wypijając kolejny łyk trucizny wszedłem z powrotem na balkon w celu przyglądania się przechodniom. Kiedy tylko postawiłem swoje ciało na tyle blisko krawędzi, żeby widzieć co dzieje się pode mną, ujrzałem rzecz obrzydliwą i napawającą mnie dreszczami nawet dziś.
Otóż wszyscy, którzy wcześniej przechodzili tędy, tą drogą, nagle stanęli w miejscu i zaczęli skupiać swój wzrok na mnie. Sto tysięcy płonących nienawiścią oczu spoglądało na mnie w wyraźnym rytuale potępienia. Każda twarz miała ohydnie wykrzywioną twarz i oczy skupine ma mnie.
Wbiegłem do mieszkania i pochwyciłem strzelbę wiszącą nad obrazem mojego ojca. Naładowałem ją dwoma nabojami i wybiegłem na balkon.
Na zewnątrz świeciło słońce, ludzie chodzili ulicami.
Nie mogłem uwierzyć, ale nikt nie stał i się na mnie nie gapił. Przetarłem oczy, ale nic się nie zmieniło. Ludzie zajęci swoimi sprawami chodzili jak zawsze swoimi ścieżkami, nie zwracając uwagi na nikogo.
Odłożyłem strzelbę opierając ją o poręcz balkonu i rozsiadłem się na nowo w fotelu.
Bacznie przyglądałem się wszystkim, którzy przechodzili pode mną. Narastała we mnie frustracja. Dlaczego nikt się na mnie patrzył? Brakowało im odwagi? Dlaczego?
Pochwyciłem broń i wymierzyłem w przypadkowo wybraną kobietę- strzelba sama wypaliła.
Wydawało się, że ten dzień został stworzony- powołany do tego, aby wszyscy ludzie swiata, w jednej minucie, zjednoczyli się i pchnęli wszelkie nieszczęścia w ciemna otchłań nicości i zapomnienia.
Siedziałem na balkonie swojego mieszkania i przypatrywałam się przechodniom spacerującym pod moim siedziskiem.
Spojrzałem na kobiete z dzieckiem wlasnie wychodzaca zza granicy krawędzi balkonu, tak ze moglem zobaczuc jej glowe, a chwile pozniej plecy. Miala na sobie obfita suknie, niby na bal przebierańców, a dziecko idace obok niej nieznośnie popiskiwalo cos o cukierkach i lizakach.
Zniesmaczony widokiem zarówno kobiety, jak i dziecka obejrzałem się w drugą stronę ku lewej części balkonu.
Słońce przypiekało, na niebie nie było ani jednej chmury, tłum pode mną zaczął się rozrastać.
Tym razem przyjrzałem się grubemu mężczyźnie w garniturze, który co chwila wycierał czoło chusteczką. Jego łysa głowa odbijała światło niczym lustro, raniąc moje oczy, aż popłynęły z nich łzy.
Obróciłem głowę w stronę mieszkania, gdzie panował półmrok, aby odzyskać możliwość widzenia, po czym znow spojrzałem pod siebie.
Widziałem starszą kobietę, całą pomarszczoną, z obrzydliwą czerwoną pomadką na ustach.
Jej szare oczy sprawiały wrażenie chorych, a ciało przypominało mi rozkładające się zwłoki.
Nie mogąc dłużej wytrzymać tego widoku, wszedłem do środka swojego domostwa i zaparzyłem filiżankę kawy.
Posłodziłem jak zwykle dwie łyżeczki cukru i wziąłem łyk. Poczułem ciecz spływającą przez jamę ustną az do żołądka. Ciało wykrzywiło się, usta zwężyły, oczy zaszły krwią.
Kawa miała cierpki posmak, którego nienawidziłem, i do którego nie przyzwyczaiłem się, mimo iż pijam ją już parę lat.
Za każdym razem kiedy ją piję zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie mi smakowała, jednak wewnętrzna potrzeba bólu każe mi po nią sięgać.
Piję więc tę kawę co dzień i co dzień czuję to samo do niej obrzydzenie i wstręt.
Fusy dostające się między moje zęby zaczynają się rozkładać już w momencie, kiedy na trafią na przeszkodę i szczotkowanie zębów wcale nie pomaga mi w pozbyciu się tego wstrętnego żółtawego nalotu na ściankach zębów.
Sama kawa wywołuje u mnie nagłą chęć wypróżnienia się, doprowadza do niekontrolowanego odruchu wymiotnego i rozwolnienia.
Nienawidzę jej!
Wypijając kolejny łyk trucizny wszedłem z powrotem na balkon w celu przyglądania się przechodniom. Kiedy tylko postawiłem swoje ciało na tyle blisko krawędzi, żeby widzieć co dzieje się pode mną, ujrzałem rzecz obrzydliwą i napawającą mnie dreszczami nawet dziś.
Otóż wszyscy, którzy wcześniej przechodzili tędy, tą drogą, nagle stanęli w miejscu i zaczęli skupiać swój wzrok na mnie. Sto tysięcy płonących nienawiścią oczu spoglądało na mnie w wyraźnym rytuale potępienia. Każda twarz miała ohydnie wykrzywioną twarz i oczy skupine ma mnie.
Wbiegłem do mieszkania i pochwyciłem strzelbę wiszącą nad obrazem mojego ojca. Naładowałem ją dwoma nabojami i wybiegłem na balkon.
Na zewnątrz świeciło słońce, ludzie chodzili ulicami.
Nie mogłem uwierzyć, ale nikt nie stał i się na mnie nie gapił. Przetarłem oczy, ale nic się nie zmieniło. Ludzie zajęci swoimi sprawami chodzili jak zawsze swoimi ścieżkami, nie zwracając uwagi na nikogo.
Odłożyłem strzelbę opierając ją o poręcz balkonu i rozsiadłem się na nowo w fotelu.
Bacznie przyglądałem się wszystkim, którzy przechodzili pode mną. Narastała we mnie frustracja. Dlaczego nikt się na mnie patrzył? Brakowało im odwagi? Dlaczego?
Pochwyciłem broń i wymierzyłem w przypadkowo wybraną kobietę- strzelba sama wypaliła.
0
0
2 odsłon