Spacer w deszczu

Najpierw spadła łza

Pojedyncze dziecko samotności

Niedorozwinięty płód ukryty w sercu

Roztargnienia? Melancholii?

Odsunęłam właz by zaczerpnąć tchu

Oddech był spokojny

Niewinny i rześki

Mieścił mi się w dłoni

Pulsował w pierwszych kroplach

Coraz szybciej biegły chmury

Nade mną jak sępy

Szamotał się wiatr

Szłam powoli wytartym szlakiem

Wzdłuż ulic szarych

Wzdłuż skrzyżowań smutnych

Mijały mnie drzewa

Płaczące liśćmi jak ćmy

Na fali świetlistej mgły

Na ławce przy koszu na śmieci

Siedział ktoś pod parasolem

Zasłaniał twarz

I patrzył na ziemię

Kałuża jadła już jego buty

Zaczęłam biec

Mokły stare mury

Z rynien spadały rzeki brzmień

Dudniły tysiące myśli w głowie

Gdzieś nawet schował się mój cień

A może patrzył na mnie z ukosa?

A może czekał?

Za rogiem tylko pusty dziedziniec

Brama przemoknięta od stóp do głów

Zamknęłam oczy -

to nie może być prawda -

Jestem tu.

Wróciłam z deszczu na bruk.
0 0
2 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie