To nie chmury

Mam dosyć! Chcę się stad gdzieś wyrwać, uciec gdzieś daleko, jak najdalej. I nigdy nie wrócić. A nawet jeśli wrócić, to tylko na chwilę. Tu nikt mnie nie rozumie.

Chciała, żebym się wygadała, to proszę. Jak się wygadałam, to zrobiła mi awanturę. Bo powiedziałam, co myślę!

No dobrze, może wytykanie dyrektorowi wszystkich błędów nie było zbyt trafne.

I przebijanie opon woźnego gdy urywał się z pracy nie było przemyślane.

I i tak cała szkoła ma mnie za dziwną, bez względu na to, co teraz zrobię.

Ale i tak uważam, że postąpiłam słusznie!

W końcu osiągnęłam swój cel, nie?



1.

„Największy szok w życiu”



-Katarzyna Nowak proszona do dyrektora-oznajmił szorstki, nieprzyjemny kobiecy głos w głośniku.

Znowu? Wszystkie oczy w klasie zwróciły się na mnie z ciekawością, ale bez zdziwienia. W końcu „na dywaniku” ląduję przynajmniej raz na dwa tygodnie.
Wstałam i wyszłam z klasy dość szczęśliwa, wiedziałam, że ominie mnie pytanie z biologii. Jak nie cała lekcja. Korytarze były puste, tylko pod gabinetem dyrektora stał chłopak z klasy równoległej do mojej. Co prawda miałam na niego oko od jakiegoś czasu, ale jeszcze nie miałam szansy z nim porozmawiać. Wyglądał na trochę przestraszonego. Wiedziałam, że jest bardzo spokojny.

Pewnie w życiu nie był u dyrektora.

Jaskrawo-czerwone drzwi gabinetu otworzyła się, i wyszła pani Grabarek, sekretarka. Trzęsąc sztywnym hełmem który miała na głowie (co miało chyba imitować seksowne potrząsanie włosami) spojrzała na mnie i z jej twarzy natychmiast znikł przyklejony uśmiech, którym zwykła witać uczniów. Dopóki nie musiała uśmiechać się po raz trzeci, czwarty lub piąty do tej samej osoby i nie udało jej się zapamiętać imienia. I dobrze, bo gdy to robi, wygląda jakby miała jej popękać twarz.

-Andrzej Miejewicz? To dobrze-odpowiedziała sama sobie-ciebie już znam

Ja ciebie też. I nie lubię.

Wprowadziła nas do gabinetu, co było o tyle dziwne, że nigdy nie wpuszczano tam dwóch uczniów naraz. Dyrektor bał się tłoku.

Jak gdyby ktokolwiek wchodził tam z własnej woli.

Andrzej spojrzał na mnie zdezorientowany i zrobił szybki ruch głową w stronę schodów. Chyba chciał uciec.

-Zwariowałeś?

-No… jeszcze tu nie byłem.

-żuk zjadłby nas żywcem!

-Kto?

O Boże… on nie wie, kto to żuk.

-No, dyrektor.

-Mówicie na niego żuk?

-Tak.

Niesamowity chłopak okazał się niesamowicie irytujący.

Garbarek zostawiła nas i kazała poczekać na żuka. Oczywiście ona użyła formy „pana dyrektora Adamowskiego” bo tak się nazywał.

Wpuścił nas do gabinetu i usiadł za biurkiem. Spojrzał na mnie z niechęcią i zwrócił wzrok na moją bluzę.

-Ładny wieloryb.

-żu…ekhm, znaczy się: panie dyrektorze…

-Tak?

-To jest łoś.

Speszył się i zanotował w swoim notesie coś, co wyglądało jak „Skończona kretynka”. Ale równie dobrze mogło być „Studio ekologiczne”, nie mogę rozczytać jego bazgrołów.

-Wracając do tematu…

Jakiego tematu? Nawet nie zaczął mówić…

-Wracając do tematu, mam do was prośbę.

Spojrzałam na niego mocno zaskoczona, mnie nie woła się na dywanik, bo ma się do mnie prośbę, ja ląduję tam bo włączyłam alarm przeciwpożarowy, puściłam plotkę o bombie w piwnicy albo wybiłam szybę piłką. Mnie się nie prosi, mnie się zawiesza w prawach ucznia.

-Nowakowa nie patrz tak na mnie, tym razem nic nie zrobiłaś.

Jeszcze nie…

-Chodzi o to-powiedział, bawiąc się długopisem z logo Poczty Polskiej-że do naszej szkoły przyjeżdża pewien ekhm… gość. Tak, pewien gość.

-Panie dyrektorze-przerwałam mu-co MY mamy z tym wspólnego?

-Ktoś musi się nim zająć.

W tym momencie przeżyłam największy szok w swoim życiu.
0 0
1 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie