Płonę

Melancholia
Płonę, płonę. Płonę i spalam się
niby zeszłoroczne niebo,
niby przetarte w paru miejscach
serce pustelnika.

Wkrótce zostanie po mnie
najwyżej popiół, kilka naiwnych westchnięć,
parę pocieszonych łez.
Moje skrzydła, przetrącone
i złamane, nie uniosą więcej
mojego serca, zwęglonej duszy.

Tym, co mnie pociesza,
jest tęsknota za bezczasem,
za wiecznością, którą mi ktoś wykradł.
Jestem, aby kolidować z tłumem,
poddawać się woli nocy.

Czy to tylko kolejna kartka
z kalendarza, wydarta z piersi teraźniejszości?
Czy to jeszcze jedno uderzenie serca,
o jakim nie zapomnę?

Wypełniam sobą puste naczynie
twoich dłoni. Lubuję się
w przyrzeczeniach, co nie znają
drogi powrotnej.
Wiem, jak boli tchnienie wiatru.
Rozumiem, skąd biorą się
błogosławione chwile, jakich nikt nie słyszy.

Chodź, ukochaj we mnie ten wstyd,
tę rozpustę, o jakich nie mam
odwagi śnić.

Jestem dość blisko, aby uciszyć zmysły,
obłaskawić raj.
To tylko dobrze dobrana puenta,
krańcowa odpowiedź.
1
7 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie