wytworzona na potrzebę
samoobrony
fatamorgana niszczącego ognia
słabi nie mówią nawet A
tylu ich
za nią
Makowa Panienka
obrywa płatki w rytm
kocha lubi szanuje
raz dwa
Bestia bellę ma
trzy cztery
obce jej maniery
pięć sześć
krwinki lubi jeść
siedem osiem
zmiata życie ciosem
dziewięć dziesięć
śmierć przybija pieczęć
zachodem słońca spowite
kiedyś jeden ląd
skały na nich te same
metamorficzne
północną wiatr zagarnia
łowiąc drobiny życia
z zakwitających endemitów
opadają słodką rosą
na niecierpliwe kielichy...
czterolistna
iluminacja
zwątpiła w istnienie
skupiając się na regularnym
koszeniu trawnika
żeby tylko nie wypadła z rąk
zgubi się
w tysiącach innych źdźbeł
zasuszy
w różowej bibule
nawet jeś...
friend mówi
uśmiecha się rozdziawioną gębą
ona
wkręca w trawę but
nieubłocony
włosy spadają na twarz
czkawką
czarna dziura wchłania
bukiet fiołków
friends
jakże by inaczej
tak kochanie
nic nie znaczące sylaby i głoski
zapatrzeni w inne okna
dzień po dniu
kopią swoje milczące groby
nie przyznając się
że brak im oddechu
śnięci
ona i on
śmiech obudzonych oczu
nie dla nich
spojrzenia poprzez filiżanki z kawą
już zarezerwowane
dotyk bosych stóp pod stołem
nie im sądzony
ubawił się drwiący los
jaskółkami przelatuje w myślach
świergocą perliście
nurkując w jaśminowym tlenie
nawet ich granatowa czerń
jakaś nieżałobna
mienią się szafirowo
spadając
w tęczę
złóż dłonie w ciepły przytułek
nie bój się przycupnie
tylko ciut cierpliwości wymaga
czujesz jaka zziębnięta
cala drży
wystraszona i głodna
zaufała Twojej subtelności
więc nie schrzań
pomiędzy jednym trawieniem
a drugim
odradza się na różowo
w naiwności i zaślepieniu
doświadczanie bólu
nic nie daje
po kolejnej destrukcji
pojawia się amnezja
przechadza się powoli
w zadymionej jaskini
odporny na ciosy
bezlitośnie silny
miażdżący intruzów
skalny golem
tylko nie wiedzieć czemu
motyl w kolorze indygo
raz po raz bez lęku
przysiada...