szeroko zamknięte
w perspektywie nowego stylu
leżą w szkatułce z cedrowego drzewa
chciałem ci ofiarować w dzień księżyca
pamiętasz
nie widzę gdy zachodzi słońce
powiedz mi
czy nadal otwierają...
zapach twojego pragnienia
tak bardzo chciałbym
i nie nabawić się przy tym kataru
w trzecim pokoju leży dotyk
chodźmy tam
póki ujęcie trwa i miłość bez słów
wycieka z nas
wycieczką w nieznan...
słowa zostają w ciele
wcale się nie dziwię
wystarczy że wspomnę twoje usta
a już wypiek pierników
maluje motyle na mojej twarzy
nie potrafię ci powiedzieć
niczego o ostatnim spojrzeniu
pamięt...
w płuca
pełne dymu łapczywie
zasysam pomiędzy łykami
kawy szukając tlenu
za oknem opowieści o gołębiach
duchy nocy uciekły do szafy
przebudzeniem świadomości
turbulencje dnia wyrwane ze snu...
ubrana jedynie w zmysłowość
bez permanentnego makijażu
jak wytrawna krawcowa
szyjesz słowa
w stanie twórczej mocy
szczęśliwy ten
któremu chleba swojego
powszedniego dajesz dzisiaj
światłem...
podkasztanowa ławka
na niej
dwa wiersze połączone w jedno i coś więcej
mimowolne rekonstrukcje słów
choć jeszcze bez tytułu
nie siedzą już na przeciwległych końcach
ich oczy mówią wszystko...
piszę pijane myśli
a rany świeżo nacięte strofą
pozbawiony białych ścieżek
na stuprocentach celulozy
po twojej stronie zimy
pozostawiam krwiste ślady
woskiem osocza rachunki za miłość
pieczęt...
niewiele wiem o woskowych figurkach
tyle tylko że łatwo się topią
proszę oto twoja kawa
zaparzyłem jeszcze zanim wstałaś
żebyś nie mówiła
że znowu przypaliłem wodę
wiem nic nie mów
obydwoje...
czas przestał się liczyć
roztargnienie znowu zaspało
liżąc światło przez papierek
piszę pocztówkę o wyzwoleniu chłodu
przekładając myśli
na medytacje wiejskiego listonosza
słowa pachną jeszc...
w nieczystej pościeli na rozstaju nóg
odeszłaś w milczenie zapatrzona
w o jeden świt za daleko
uwiedziony lodowym płomieniem
dałem się zwieść sedymentacji uczuć
na drzewach stopklatka ptakom...
w kosmiczny pył
starłaś wszystkie słowa
po drodze do ciebie
ślubowałem bezpańskie psy
na tej linie chodząc po omacku
spijam cię mechanizmem wielbłąda
to zawsze stwarza trudności
ułożyłaś tr...
sklejony z drzazg z okruchem ciebie
kamienny spokój krzyk na ulicach
jest jak zjawa
tylko nocą pukanie do szyby
i dwa srebrniki
odnalezione pod łóżkiem zwiastują
życie
wszystko możliwe
na fortepianie zmysłów
grasz wariacje na piątą rano
każdą nutą
rozanielony po gwiazdy
przy nich przeglądam
albumy sztuki ars amandi
dokładnie studiując ukształtowania
na mapie twojego ciała...
centralnie
w środek podbrzusza
strzepują kolory ze skrzydełek
pojąc nadzieją
jeszcze zanim dopadnie dolnociąg
nie są zbyt rozgarnięte bywają
za to szalone zapylają jak leci
ciesząc nie tylko...
na granicy powietrza i wody
gdzie pomylone alter ego
uciekało w mimowolne rekonstrukcje
zapraszałaś mówiąc że nie na kawę
na rozstajach dróg w rozprawy ze słońcem
opowiadając głupoty
o wiernym p...
przenicowany syzyfowy anioł
wszczepia w krew wieloptaki bez powodu
jakby myślał że to coś da
kiedy uczuciom pora umierać
naiwny nadmiar oczekiwań
podzielony przez dwa
krzyczy precz z celulitem...
barowe przemyślenia
z szekspirem w tle
zaczynają się po wypiciu pierwszej
to be or not to be
w niezastygłą ciszę
dopełnieniem tęsknot
niepowodzenia na szlaku
odwiedziny w krew
zastygłą na rę...
jak się przemóc to tylko po prostu
w zaprzeszłym początku
wyrywając ego z życia przedmiotów
jaskółczą wolnością zwyciężać przyszłość
na drodze przed siebie
krainą tysiąca i jednego wiersza
tak...
w chleb powszedni wracasz z niebytu
nadrobimy pominięte chwile
przy kolacji zagrzebiemy wspomnienia
kilka marnych szkiców z nicości
przerabiając na kolorowe obrazy
w odcieniu ze śniadaniem w...