poranek

kryształowy kielich wypadł z moich dłoni

rozsypał się w tysiące iskier

i tak płynęły w powietrzu powoli

do góry pod sufit z pajęczyn utkany

z powrotem w dół pod moje stopy



za ciężką kotarą wstawał dzień nowy

promieniem nieśmiałym a ostrym

ranił mi twarz i wypalał oczy

tak oto poranek bezcześci moje noce



widziałam jak gasły o świcie jego oczy

jak w cień zmieniały się dłonie

przez palce mi przeciekając



i jeszcze przez chwilę odbicie jego w lustrze

przez chwile dwie jeszcze ciepła pościel



rozbity kielich we krwi na podłodze
0
1 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie