wchodząc
Lubił, gdy wchodziła do jego pokoju. Wnosiła z sobą tyle weń słońca i ciepła. I powietrza świeżości i zapachu, którego nigdy nie potrafił nazwać według jego nazwy właściwej i przypisanej przecież każdemu zapachowi. Prawie zawsze miała rumieńce na twarzy i zamiatała włosami siadając na fotelu. Taka właśnie była. Świeża z najświeższych przy jego nieświeżości. Pełna życia przy kontraście jego braku życia i jasna w jego mroku. I nie żyła przy jego martwocie i braku życia. I nie jaśniała tylko, dlatego, że on w mroku skąpany był. Nie. Ona ze swej natury jasną była i czystą i żyjącą. I nie dlatego czystą, bo w nim było tyle brudu przeszłości i teraźniejszości i przyszłości chyba też, lecz dlatego, że tak sama w sobie czystą była. Czysta.
Tą czystość wnosiła nawet do tych ścian czterech, które tak rzadko sprzątał. Nawet, gdy on smutny był, to nic. Nic. Nic. Ona na tą małą chwilę. Na chwilę tą małą i krótką. Często bardzo krótką potrafiła to zmienić jak wróżka odmienia królewnę zamienioną w żabę albo królewicza w kamień. Tak. W kamień. Bo skamieniałość dosięgała go powolna. Tak jak kamieniało drewno powalone lodowcem. Powoli. Tysiące i miliony lat . Ale to nie były te lata. To były lata te. Współczesne. Złe. I nie było w nich już dinozaurów i nawet mamutów nie było. Ale i w nich mieszkały potwory i bestie. Zamieniały się dni w kamienie i skamieniałości pozostawiał jedna po drugiej z nadzieją, że któregoś słonecznego dnia odnajdzie je archeolog nowego świata słonecznego.
Z początku trudno zacząć. Trudno zacząć dialog jemu. Jej łatwiej. O bardzo łatwo. Chociaż i to trudno powiedzieć. Trudno. Bo wcale jemu rozmawiać często się nie chciało. Tysiące słów. Wagony słów. Węglarki słów. Składy i porty i ładownie pełne po brzegi. Słów. Większym od nich jest gest. A on tak bardzo stęskniony był za gestem. Prostym i takim ludzkim gestem. Nie! Nie! Nie ludzkim a człowieczym. Tak. Człowieczym gestem. Gestem wtopienia się w tą czystość, jasność, świeżość by, choć na chwilę zapomnieć o tym, że nie żyjemy w świecie dinozaurów i mamutów. By zapomnieć o własnej skamieniałości i kamienieniu. By zapomnieć. By uwolnić głowę,choć na chwilę, moment jeden od tych myśli i od snów też odsunąć głowę. By utonąć tam i w niej. Na oczach świata zagłady i ciemnoty cywilizacji i wszystkich potworów z domów i sprzed telewizorów. Na oczach. Ale potem trzeba by było umierać. Umierać tak nadzwyczajnie to już mógł. W przepaści dobra i świeżości tych dolin ramion. W rzece tych włosów mógł już się kąpać i tam do Hadesu płynąć już statkiem tak dumnie nazwanym i wcale do swej nazwy niepodobnym. Tylko tam. Nigdzie więcej. A ona zwyczajnie opowie mu o tym jak było jej na ulicy lub w domu...
Tą czystość wnosiła nawet do tych ścian czterech, które tak rzadko sprzątał. Nawet, gdy on smutny był, to nic. Nic. Nic. Ona na tą małą chwilę. Na chwilę tą małą i krótką. Często bardzo krótką potrafiła to zmienić jak wróżka odmienia królewnę zamienioną w żabę albo królewicza w kamień. Tak. W kamień. Bo skamieniałość dosięgała go powolna. Tak jak kamieniało drewno powalone lodowcem. Powoli. Tysiące i miliony lat . Ale to nie były te lata. To były lata te. Współczesne. Złe. I nie było w nich już dinozaurów i nawet mamutów nie było. Ale i w nich mieszkały potwory i bestie. Zamieniały się dni w kamienie i skamieniałości pozostawiał jedna po drugiej z nadzieją, że któregoś słonecznego dnia odnajdzie je archeolog nowego świata słonecznego.
Z początku trudno zacząć. Trudno zacząć dialog jemu. Jej łatwiej. O bardzo łatwo. Chociaż i to trudno powiedzieć. Trudno. Bo wcale jemu rozmawiać często się nie chciało. Tysiące słów. Wagony słów. Węglarki słów. Składy i porty i ładownie pełne po brzegi. Słów. Większym od nich jest gest. A on tak bardzo stęskniony był za gestem. Prostym i takim ludzkim gestem. Nie! Nie! Nie ludzkim a człowieczym. Tak. Człowieczym gestem. Gestem wtopienia się w tą czystość, jasność, świeżość by, choć na chwilę zapomnieć o tym, że nie żyjemy w świecie dinozaurów i mamutów. By zapomnieć o własnej skamieniałości i kamienieniu. By zapomnieć. By uwolnić głowę,choć na chwilę, moment jeden od tych myśli i od snów też odsunąć głowę. By utonąć tam i w niej. Na oczach świata zagłady i ciemnoty cywilizacji i wszystkich potworów z domów i sprzed telewizorów. Na oczach. Ale potem trzeba by było umierać. Umierać tak nadzwyczajnie to już mógł. W przepaści dobra i świeżości tych dolin ramion. W rzece tych włosów mógł już się kąpać i tam do Hadesu płynąć już statkiem tak dumnie nazwanym i wcale do swej nazwy niepodobnym. Tylko tam. Nigdzie więcej. A ona zwyczajnie opowie mu o tym jak było jej na ulicy lub w domu...
0
0
2 odsłon