przyzwyczajenie

przywykłem

do szeroko rozpostartych dłoni żlebów danych

do szpaków radośnie w wiośnie skąpanych

do gzymsów kalecząc błękit nieba stromy

do polan w niebiesiech tak łatwo zgubionych

do czapli samotności w mgle rogiem jelenia

do gwiazd i cudu poczęcia zdumienia

do dłoni łagodności dolin nadcichych

do wzgórz Libanu w uniesieniu rozmytych

do szpady w plecy wbitej

do uczuć nagości i prawdy zakrytej

do biegu zadyszki i płuc mych zuchwałych

do pożogi i świtów zbyt krótkich a małych

do kolebki snów podłych w tę zimę

do kwiatów sukienek prowadząc kalinę

do jaskrawej tętnicy i maligny marzeń

do biegłości tęsknoty w opuszku zdarzeń

do chleba smaku i krwi warg potem

do jaśminu zapachu i oczów ze złotem

do uśmiechu i płaczu jak deszcze na jesień

do czarów i guseł czeluści uniesień

do życia w tęczy i kwitów zapachu

do życia a śmierci krawędzi w niej strachu

do potu i brudu i startych łachmanów

do nikogo i kurzu w galopie tumanów

do samotności i drogi polnej rozstaju

do sadów wiśniowych utraconego mi raju

przywykłem ...
0 0
2 odsłon

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie