Marmur
Ostatnia róża w moim flakonie. Ostatni kwiat w moim domu. Samotna i czerwona kiedyś. Samotna i czarna teraz. Uschnięta jak uczucia pogrzebane w pamięci. Krucha jak obraz dni, które minęły i się powtarzają ale w inny sposób niż byśmy chcieli, niż byśmy sobie tego życzyli. Ostatnia róża w moim domu opadła z sił i ułożyła się martwa na stole. Nie sprzątnęłam jej. Przecież on mi ją przyniósł. On ze swoimi niebieskimi oczami. On ją przyniósł i powiedział, że kiedyś przyniesie następną. Przyniesie jeszcze jedną taką czerwona różę, która też kiedyś zwiędnie na moich oczach.
On mnie kochał naprawdę. Kochał mnie, bo taka była prawda o nas. Czuł się przy mnie bezpiecznie, chociaż wcale nie było tak jak mówił. Miał głowę pełną marzeń i nie chciał mnie zostawić. Kiedy rano patrzył w moją twarz i mówił, że będzie dobrze, że to ja jestem tą osobą, wierzyć się chciało w jego słowa. A potem odszedł tak po prostu krok za krokiem jak się odchodzi gdzieś daleko i blisko, jak się idzie zrobić rano zakupy i wraca z niczym albo jak się idzie na spacer do parku, bo w pokoju jakoś tak duszno, że nie można już dłużej wytrzymać. Ale potem się wraca, nie tak jako on. Bez słowa i wieczorem.
Poruszał się jak cień skryty sam za sobą. Jego ciało było moim ciałem a to stawało się dwoma różnymi w każdej porze dnia. Nie chciało się na niego czekać a jednak się to robiło, a kiedy wchodził, to ręce zawisały na jego szyi, bo już się nie dało z tym zwlekać ani chwili dłużej. Potem opadał na łóżko i pozbywał się swoich butów. Zawsze czarnych, bo takie właśnie lubił. I słychać było ciche odpinanie zamka od kurtki. No i w końcu był sobą. W delikatnym świetle podkreślającym jego ciało stawał się na nowo kimś, kogo się nie znało tak naprawdę. Był uroczy jak nocne niebo. Wstawał wtedy z łóżka i szedł gdzieś dalej. Nie można było wyczuć gdzie, bo znikał w mroku domu. Tylko po kilku minutach pojawiał się znowu. Promienny i niewinny jak dziecko. Ale nim nie był.
Kładł się koło mnie i dotykał mnie swoja dłonią. To było uczucie, którego nie da się w żaden sposób opisać, bo za każdym razem robił to inaczej, wybierał inne miejsce, inaczej kładł swoją dłoń. Malował mnie a ja jako człowiek nie podejmujący próby stawiania oporu... On nie przestawał. Zawsze czarował swoim wzrokiem, który był elektryzujący i słodki, i który krzyczał z jego duszy, kiedy stawał pod oknem i patrząc w nocne niebo śpiewał swoje ulubione piosenki. Głosem zaraźliwym i ulotnym jak zapach polnych kwiatów po deszczu, który płynie do góry ku słońcu.
Nocą żył i wtedy oddychał. Jak kamienny posąg, ożywał, kiedy zdjęto z niego zaklęcie. Był sobą w każdym calu. Prototyp gwiazdy, która nigdy nie spada a jednak zawsze leci w dół, by wzbić się na wyżyny. Urokliwy klimat jego charakteru nie pozwalał się z niego wyleczyć, ale tylko pogłębiał stan wewnętrznej pustki, kiedy nie było go w pobliżu. Udawana obojętność umierała szybciej niż zraniona duma podczas wymiany kłopotliwych słów płynących prosto z serca. Był powietrzem w wodzie i słońcem na księżycu. Moją najbardziej niepotrzebną rzeczą, bez której nie sposób było się obejść. Taki właśnie był chłopak, który mnie zostawił. Osoba, którą się powoli straciło.
On mnie kochał naprawdę. Kochał mnie, bo taka była prawda o nas. Czuł się przy mnie bezpiecznie, chociaż wcale nie było tak jak mówił. Miał głowę pełną marzeń i nie chciał mnie zostawić. Kiedy rano patrzył w moją twarz i mówił, że będzie dobrze, że to ja jestem tą osobą, wierzyć się chciało w jego słowa. A potem odszedł tak po prostu krok za krokiem jak się odchodzi gdzieś daleko i blisko, jak się idzie zrobić rano zakupy i wraca z niczym albo jak się idzie na spacer do parku, bo w pokoju jakoś tak duszno, że nie można już dłużej wytrzymać. Ale potem się wraca, nie tak jako on. Bez słowa i wieczorem.
Poruszał się jak cień skryty sam za sobą. Jego ciało było moim ciałem a to stawało się dwoma różnymi w każdej porze dnia. Nie chciało się na niego czekać a jednak się to robiło, a kiedy wchodził, to ręce zawisały na jego szyi, bo już się nie dało z tym zwlekać ani chwili dłużej. Potem opadał na łóżko i pozbywał się swoich butów. Zawsze czarnych, bo takie właśnie lubił. I słychać było ciche odpinanie zamka od kurtki. No i w końcu był sobą. W delikatnym świetle podkreślającym jego ciało stawał się na nowo kimś, kogo się nie znało tak naprawdę. Był uroczy jak nocne niebo. Wstawał wtedy z łóżka i szedł gdzieś dalej. Nie można było wyczuć gdzie, bo znikał w mroku domu. Tylko po kilku minutach pojawiał się znowu. Promienny i niewinny jak dziecko. Ale nim nie był.
Kładł się koło mnie i dotykał mnie swoja dłonią. To było uczucie, którego nie da się w żaden sposób opisać, bo za każdym razem robił to inaczej, wybierał inne miejsce, inaczej kładł swoją dłoń. Malował mnie a ja jako człowiek nie podejmujący próby stawiania oporu... On nie przestawał. Zawsze czarował swoim wzrokiem, który był elektryzujący i słodki, i który krzyczał z jego duszy, kiedy stawał pod oknem i patrząc w nocne niebo śpiewał swoje ulubione piosenki. Głosem zaraźliwym i ulotnym jak zapach polnych kwiatów po deszczu, który płynie do góry ku słońcu.
Nocą żył i wtedy oddychał. Jak kamienny posąg, ożywał, kiedy zdjęto z niego zaklęcie. Był sobą w każdym calu. Prototyp gwiazdy, która nigdy nie spada a jednak zawsze leci w dół, by wzbić się na wyżyny. Urokliwy klimat jego charakteru nie pozwalał się z niego wyleczyć, ale tylko pogłębiał stan wewnętrznej pustki, kiedy nie było go w pobliżu. Udawana obojętność umierała szybciej niż zraniona duma podczas wymiany kłopotliwych słów płynących prosto z serca. Był powietrzem w wodzie i słońcem na księżycu. Moją najbardziej niepotrzebną rzeczą, bez której nie sposób było się obejść. Taki właśnie był chłopak, który mnie zostawił. Osoba, którą się powoli straciło.
0
0
2 odsłon