Daydreamer
Gwiazdy tańczyły nad moją głową. Wznosiły się i opadały, biegały po niebie niczym sekretne tajemnice, które ktoś przez nieuwagę komuś zdradził, a one zaczęły żyć własnym życiem. Widziałam je i były blisko. Były bardzo blisko, tak samo jak droga mleczna, na której tańczyłam z wyciągniętymi dłońmi dotykając tych wrzących punktów. Ich kolory były nie do opisania. Mieniły się miriadą odcieni, widziałam ferie barw o różnych tonach i głębiach.
Były jak perły w morzu, jak krople rosy na kruchej trawie. A pośród nich byłam tylko ja sama. Sama i nikogo obok mnie. Towarzyszył mi dźwięk uciekającego kosmosu, tej czerni, która rozpadała się i znowu łączyła w jedna wielką masę materii, pulsującej i gorącej, obezwładniającej.
Świat stawał się coraz bardziej kruchy i odizolowany. Myśli uciekały i kryły się gdzieś poniżej linii horyzontu, goniły umierające krwią słońce. Ta krew rozlewała się w czasie, na świecie, w naszych sercach. Była lepka i ciężka, jak czerwony ołów, który wnika w nasze ciała i już w nich pozostaje. Wszystko milczało zgodnie obserwując pojawienie się diamentowych gwiazd rozsianych na czarnym aksamicie nocnego nieba. Oczekiwanie rozrastało się, kwitło, błyszczało. A ja biegłam. Biegłam pośród wysokiej trawy, mijałam błękitne kwiaty, dotykałam dłonią białych. Moje stopy opadały lekko na ziemię i zaraz się od niej odrywały, jak gdyby w obawie, że ją zranią. Wiatr w moich włosach szeptał mi do ucha, kierował mną, wskazywał drogę. Był delikatny i stanowczy, chłodny i gorący. Czułam jego zapach, zapach bzu i nocnej wilgoci, wody, która zakrywa swój świat.
Upadałam i wstawałam. Biegłam i stałam. Wierzyłam, że go tam spotkam. Pragnęłam go tam spotkać. Marzyłam. On był powodem, on był celem. Zawsze on. Realny jak sen i rzeczywisty jak mgła. Zawsze sprzeczny sam ze sobą. Błękit jego oczu. Jeśli tylko go zobaczę, jeśli tylko go spotkam.
Były jak perły w morzu, jak krople rosy na kruchej trawie. A pośród nich byłam tylko ja sama. Sama i nikogo obok mnie. Towarzyszył mi dźwięk uciekającego kosmosu, tej czerni, która rozpadała się i znowu łączyła w jedna wielką masę materii, pulsującej i gorącej, obezwładniającej.
Świat stawał się coraz bardziej kruchy i odizolowany. Myśli uciekały i kryły się gdzieś poniżej linii horyzontu, goniły umierające krwią słońce. Ta krew rozlewała się w czasie, na świecie, w naszych sercach. Była lepka i ciężka, jak czerwony ołów, który wnika w nasze ciała i już w nich pozostaje. Wszystko milczało zgodnie obserwując pojawienie się diamentowych gwiazd rozsianych na czarnym aksamicie nocnego nieba. Oczekiwanie rozrastało się, kwitło, błyszczało. A ja biegłam. Biegłam pośród wysokiej trawy, mijałam błękitne kwiaty, dotykałam dłonią białych. Moje stopy opadały lekko na ziemię i zaraz się od niej odrywały, jak gdyby w obawie, że ją zranią. Wiatr w moich włosach szeptał mi do ucha, kierował mną, wskazywał drogę. Był delikatny i stanowczy, chłodny i gorący. Czułam jego zapach, zapach bzu i nocnej wilgoci, wody, która zakrywa swój świat.
Upadałam i wstawałam. Biegłam i stałam. Wierzyłam, że go tam spotkam. Pragnęłam go tam spotkać. Marzyłam. On był powodem, on był celem. Zawsze on. Realny jak sen i rzeczywisty jak mgła. Zawsze sprzeczny sam ze sobą. Błękit jego oczu. Jeśli tylko go zobaczę, jeśli tylko go spotkam.
0
0
2 odsłon