Intimissimi Rozdział XVIII

" Ubierz się dziecko, zostaw coś wyobraźni!"- zza drzwi dobiegł mnie głos Princea.

Po chwili rozpoznałem także drugi , należący, jak mi się zdało do Karoliny.

Pokoik ten mieścił się w końcu korytarza , który był jedynym wyjściem z salonu, a my, zgromadzeni przy stole i nie mający siły się podnieść słyszeliśmy wszystko dokładnie.

Po odejściu Gustawa i chwilowej euforii , wszystko wróciło do poprzedniego stanu.

Nikt nie próbował już poruszać artystycznych tematów. Wszyscy byli jakby wypaleni.

Przyszli tu po coś, a zastali tylko własną beznadzieję. Prince dotąd nadający ton zniknął ,

Warda snuł się po salonie w stanie przywodzącym na myśl delirium, a Milena bawiła się własnymi pierścionkami powtarzając w kółko "Morfina, medycyna, kokaina, endorfina ",

i sącząc resztki campari z ogromnej butelki. Reszta spała, lub niepostrzeżenie wymknęła się wcześniej , by kontynuować pijaną noc w knajpie Alcazar.



Tak, jestem okropny. Tak, wykorzystuję sytuację. Podchodzę do Mileny, która jest pijaniutka.

Wiem, że mógłbym zrobić z nią wszystko. Przecież ona nie ma nawet siły się bronić, jej ciało jest wiotkie i ciepłe, posłuszne jak rzymska niewolnica. To już wypróbowany chwyt.

Siadam obok Mileny , przytulam ją jedną ręką, bawię się jej dłońmi i całuję je. Są bezwładne. Każdą cząstką siebie czuję jak przylegają do siebie dwie przestrzenie, dwie bryły, dwoje samotnych szczeniąt. Ciepło jej skóry. Zapach jej włosów. Ich smak. Barwa.

Zapach alkoholu miesza się z nutką perfumu... Wtem spoglądam w oczy Mileny i pomimo mgły, która je zasnuwa widzę to samo, co kiedyś już spostrzegłem w oczach Velvet. Oczekiwanie na pocałunek jak na wyrok, przeraźliwy strach, zupełnie jakby moje usta były pręgierzem, a nie dwoma płatkami czerwonego mięsa, wiecznie głodnymi dotyku. I tak, jak wtedy nie mogłem pocałować Velvet, tak teraz nie dotknąłem ustami Mileny, choć tak bardzo tego potrzebowałem.

Usta Mileny stały się taką krwistą raną, której nie można dotykać, a tym bardziej sypać na nią soli i goryczy z własnych warg. Cofnąłem się, a Milena zamknęła oczy.



- Jesteś głupi...- wyszeptała, niczym niewidoma wyciągając przed siebie dłonie



- A ty pijana. -odciąłem, wściekły zarówno na nią jak i na siebie



W tym momencie Milena uznała naszą rozmowę za zakończoną , bo znów pochylając głowę w przód i w tył zaczęła wyliczać -morfina, medycyna, kokaina, endorfina.

Swego czasu wiele mówiono o tym, że Milena jest morfinistką, ale jakoś nie mogłem w to uwierzyć. Teraz jednak , po pijaku, wyszła z niej cała podświadomość, niczym pająk ze swojej kryjówki. Nie mogłem tego zrozumieć. Podszedłem do okna i zacząłem się zastanawiać:

Co złamało Milenę, tę twardą góralkę, zawsze pierwszą na szlaku , taką ufną ,wierną i nieugiętą? Tak , to prawda, zawsze zmagały się w niej dwie przestrzenie, dwa obrazy , dwa nurty. Popkultura i sztuka, ;nasza” Sztuka pisana przez duże s.żaden z nich nie mógł znaleźć w niej przewagi, Milena wykazywała w tym balansowaniu niebywałą zręczność, potrafiła recytować Baudelairea w oryginale, poczym pół godziny opowiadać o nowym teledysku Snoop Doga. Miasto pierwszy raz zobaczyła dopiero w wieku trzynastu lat, zatem nie można się dziwić, że ten cały blichtr miał dla niej niezwykły urok nowości, tak, iż zupełnie zawrócił jej w głowie i obrócił do góry nogami.

Milena sprzed kilku lat i ta obecnie to dwie zupełnie różne osoby. Wizualnie zmieniła się niewiele, jeśli nie liczyć malutkiego tatuażu{w kształcie nutki} nad górną wargą. Ktoś mógłby powiedzieć, że dzięki niemu jest nawet piękniejsza. W środku Mileny płynęła już jednak inna rzeka, a ona jako osoba niezwykle wrażliwa katowała siebie ciągłymi przeskokami -; z ascezy ; do łóżka przypadkowo poznanego rzeźbiarza, stamtąd do knajpy, z knajpy na dyskotekę, a z dyskoteki na wernisaż sztuki.

Ja sam stałem się dla niej jak wyrzut sumienia. Pewnie nie zrobiłoby to jej żadnej różnicy-; pocałuję ją, czy nie, ale, do cholery jasnej, a nawet do kurwy nędzy- ona nie może zobaczyć mnie takiego samego jak inni faceci, jeśli tak się stanie, to w jej mózgu z trzaskiem pęknie być może ostatnia kolumna podtrzymująca co jest w niej piękne, świeże i urocze{bla, bla, bla...tłumacz się m, tak, tak...}.





Z rozmyślań wyrwały mnie dochodzące zza drzwi krzyki Karoliny, które potwierdziły to, co należało przypuszczać- stała się kolejną ofiarą Princea”.

Wszyscy byli zbyt pijani, by ulec chociażby przelotnemu zaskoczeniu, co więcej, zaczęli bawić się tą sytuacją:



- Za ile sekund Karolina dojdzie ? - wykrzyknął Warda



- Ja przyjmuję zakłady odrzekła Rachel ; Dajcie mi kartkę i długopis.



Azzaro , potykając się o blat stołu, podała jej jakiś świstek.



- Pośpieszcie się, bo jej seksualna sprawność wyprzedzi naszą zabawę -; zaśmiała się



- Słucham. Wasze typy! Za ile sekund Karolina...



Przerwała jej Milena, która z kocią zręcznością dopadła do niej, wyrwała jej papier i krzyknęła.



- A właśnie, że nie dojdzie! Nie dojdzie! Rozumiesz?



Wszyscy zamarli. Milena szlochając cichutko spokojnie wzięła swoją torebkę, wypiła resztkę kawy, spojrzała na swoje odbicie w lustrze i skierowała się ku drzwiom. Wyszła jak gdyby nigdy nic.



I nie było już Mileny, nigdy potem. Nigdy więcej zachwycającej Mileny, Mileny całej tętniącej swą milenowatością, nigdy więcej tych pięknych , długich{raczej Jej urok niż Maybelline} rzęs. Nie wiem i nie rozumiem , chcę jej, ale chcę jej innej, zmienionej w samo patrzenie, wyzwolonej ze słodkiego balastu swojego ciała. Im bardziej kochała, tym rozumiała mniej. Im bardziej pogrążała się w nicość, tym było ciszej. Nie zdołała napełnić gwarem pożółkłych kartek, pióro wypadało jej z ręki, a kolejne puste butelki lądowały w koszu. Ten jej gest sprzed chwili był jak ostatnie wierzgnięcie zarzynanej klaczy.





Obłędnie duszno. Nikt nie chce otwierać okien. Nie ma żadnej świeżości, wszystko zastygłe i zatęchłe. Sztuczne róże, drzewa bez liści, owoce bez soku, studnie bez wody. Dzieje się wszystko, lecz nie dzieje się nic. I , powiedzcie mi, czym różnimy się od tak zwanej reszty, na którą patrzymy z pogardą i wyższością? Co potrafimy lepiej niż oni? Jesteśmy gorsi od byle rolnika ,bo nawet nie potrafimy wyżywić się sami , tylko umieramy z ogromnym, z nieulękłym, z frajerskim patosem. Codziennie. Miałaś rację Velvet. Umieramy gdy śpimy. Gdy śnimy o miłości , a gdy spotyka nas nicość. I co z tego, że otaczające nas meble wydzielają łagodną woń mięty, że Prince sprowadza z Etiopii najdroższe kadzidła, że pachną bukiety tamaryszku, gdy za chwilę nie będziemy w stanie spojrzeć sobie w twarz.

Pociąga nas klimat, lecz nie ma w nim rdzenia. Pociąga nas kwiat, lecz nie ma owocu.

Pociąga nas kłos, lecz nie ma w nim ziarna.



Jaskiniowcy przykuci do skały, roznosiciele ulotek, których nikt nie czyta, tylko wyrzuca je do najbliższego kosza. Anachoreci.



Ranek jak pasterz przeganiał chmury po niebie, słońce krwawiło na wschodzie i zdawało się być niezwykle zmęczone.



Spojrzałem raz jeszcze w głąb salonu. Prince i Karolina, z pewnością nasyceni własnymi ciałami wrócili z pokoiku i palili fajkę wodną w rogu stołu. Azzaro {niektórzy nazywali ją też Moniką}patrzyła na wszystko spod przymkniętych powiek, a włosy sypały się jej na oczy, jak iskierki {wyglądało to uroczo}. Warda z głową opatuloną czyjąś apaszką zasnął na fotelu , Rachel kręciła się w kuchni.



Ach, do diabła z wami. Samotne wysepki, chcące się porozumieć. Może kiedyś tam, ale nie tutaj, nie teraz. Ciało niekiedy bardzo ciąży, i to na wiele sposobów.

Prawda ,Velvet?
0
1 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie