Intimissimi Rozdział XVII

Gustaw... Był prawdziwą gwiazdą Rodziny, jak sami siebie nazywaliśmy.

Rankiem kompozytor, po południu dyrygent, wieczorem pianista. Wizjoner. Zawsze, kiedy rozmawiałem z nim o jego muzyce powtarzał mi : Pamiętaj! Mój czas dopiero nadejdzie.

Mam nadzieję, że świadomość tych słów stanowi dla niego jakieś pocieszenie, ponieważ za życia nie będzie w stanie potwierdzić ich prawdziwości .

Odróżniało go od nas to, że był o wiele bardziej ascetyczny i zdeterminowany w tym co robi.

Członkowie jego orkiestry mówili, że nigdy nie opuścił próby, nigdy nawet się na nią nie spóźnił. Po prostu stawał za dyrygenckim pulpitem, i w tym momencie istniała tylko muzyka.

Zawsze wydawało mi się, że Gustaw traktuje nas wszystkich z przymrużeniem oka, niezupełnie serio.



Odszedłem w głąb sali, by porozmawiać z Mileną, a może i uciec od natrętnego Wardy.

Czułem, że gram, że obiema nogami twardo stoję na tej kiczowatej scenie, tu , na Działowej, u Princea. Te ozdobniki, wywoływanie nastroju , te orchidee i metempsychozy ,Upaniszady i Djarumy ,złoto i blichtr. Co jest za tą kurtyną? Grupka idiotów, popaprańców, proroków , nikomu niepotrzebnych Mesjaszy? Stos gnijących kości? Kim jesteśmy?



Pojawił się Gustaw. Bardzo cicho, nawet nie słyszałem dzwonka. Wszedł niepewnym ,ale miarowym krokiem, mrużąc oczy. Jego szczupła, opalona i poprzecinana zmarszczkami twarz jaśniała dla mnie w blasku świec niczym ostatnia nadzieja. Wiedziałem, czułem to pod skórą, że to jest prawdziwy artysta. Najprawdziwszy. Jedyny. Gustaw nie szukał rozgłosu.

Powitał Princea skinieniem głowy, oddał płaszcz służącemu , i usiadł przy stole.



- Ależ z niego gbur, nawet się ze mną nie przywitał! wtrąciła Milena, nachylając się nad moim uchem. Ciepło bijące z jej ust przyprawiało mnie o drżenie, ale słowa mnie zdziwiły.



- Przestań szepnąłem. On poprostu taki jest. Wydaje mi się, że nie ma w tym pozy.





- Czy ja wiem... upierała się Milena, popijając drinka



- Naprawdę! Zobacz- ty piszesz swoje kaligramy, ja wiersze i opowiadania, i robimy wszystko, aby się wybić, wypromować, co samo w sobie narzuca nam pozę i przesadną wiarę w to, co robimy. Sami, automatycznie tworzymy własną legendę.

A Gustaw? On wierzy, że wszystko, co chciał powiedzieć światu jest zawarte tylko w jego muzyce{Kątem oka dostrzegłem Wardę rozmawiającego z Princem w rogu salonu}. Wierzy, i co dziwniejsze, zdaje się być spokojny. Zachowuje przy tym godność, nikogo nie prosząc o nic...



- ...i chodząc przez to w starym garniturze! w ciemności zobaczyłem jej połyskujące w uśmiechu białe zęby



Tymczasem wszyscy zgromadzili się wokół fortepianu, gdzie stał Gustaw.

Usadowił przy nim, zupełnie, jak gdyby zasiadał do obierania truskawek. Jego ostre rysy zdawały się być jeszcze bardziej wyraziste. Dłonie nerwowo próbowały dźwięków, uderzając w coraz to nowe klawisze, wydobywając tony na przemian niskie i wysokie.

Wreszcie zaczął grać. Za moimi plecami cichły ostatnie szmery, wszyscy zebrali się w koło, zapalono więcej świateł. Gustaw uderzył w klawisze. Bezwiednie zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie wielką rzekę, płynącą z ogromną siłą i nawadniającą pola, pełne czarnej ziemi. Tyle, że ziemi już nie było, lecz tylko czerń.

Po chwili wydawało mi się, że nie ma już czerni, tylko błękit rzeki, ale z każdym powrotem tematu utworu ona wracała, gęsta jak bita śmietana i łagodna jak atłas. Zalewała mnie.

Ale nie była to czerń bólu. Nagle zobaczyłem żółć, najbardziej jaskrawą, jaką tylko mogłem sobie wyobrazić, miarowo wyciskaną z pól przez słońce. I oto w mojej wizji pojawiła się Marina, której tak długo szukałem w pamięci. Nie miała twarzy, była tylko melodią.

-Spójrz na mnie, pomóż mi rękę na czole, o tak. Zimno mi, nie odchodź, nie przestawaj Być.

O utracone symbole, soczyste owoce , których nie dane mi będzie spożywać!

Tyle bzdur, tyle głupot, a przecież tyle piękna i uniesień, które niby rośliny rosną gdzieś głęboko we mnie i nikt nie może ich wyrwać. Czy jestem Prorokiem, i jeśli tak, to gdzie moja Niniwa, w której będę nauczał?

Gustaw grał dalej, jakby nie zgadzając się na piękno łamał nuty, zawieszał je w przestrzeni i odwracał. Niedostrzegalna harmonia spływała spod jego świętych palców.

Jak wielką miałem potrzebę wtulić się teraz w ramiona Mileny, ukryć się w nich!

Spojrzałem na nią, siedzącą wśród innych kobiet. Jej wzrok uciekł w pozaprzestrzeń, a między oczyma pojawiła się nikła zmarszczka. Była zasłuchana w muzykę ni mniej, ni bardziej od innych. Wyobraziłem sobie, jak przytulam ją, szepcę coś do ucha, patrzę jej prosto w oczy. Tak bardzo potrzebuję dotyku. Nie, to się nie stanie. Tylko wtedy, tamtej nocy przed jej bezsensowną ucieczką do Świdnika, teraz już nie. Tamtej nocy była dla mnie Milką, teraz i na zawsze będzie już Mileną.

Ręce Gustawa muskały klawiaturę coraz wolniej i wolniej, aż wreszcie zakończyły swe panowanie nad umysłami nas wszystkich, kończąc sonatę triumfalnym powrotem głównego motywu.



- Zwycięstwo... wyszeptał Prince, który ni stąd ni zowąd pojawił się przy moim ramieniu



Wszyscy byli zbyt poruszeni, żeby nagrodzić Gustawa oklaskami. On nie dbał o nie zupełnie. Odszedł od pianina, czule gładząc klawisze, bezceremonialnie je zamknął, podszedł do stołu, i zaczął nakładać sobie pierożki na talerz. Teraz istniało dla niego tylko jedzenie.



Zmęczonym wzrokiem rozejrzałem się po sali i zauważyłem, że Karolina wylądowała na kolanach Princea, który, ruchliwy jak zwykle, tym razem znajdował się w przeciwległym końcu sali.



- C'est l'artiste de dragonade! zaśmiała się Rachel



- Pour faire dragonade ne faut pas etre l'atriste - odpowiedziałem jej z ironią.





Nie lubiłem tej dziewczyny zbyt pełnych kształtów i zbyt płaskich dowcipów{Choć biust też miała w zasadzie płaski, z racji czego Milena nazywała ją naleśnikiem}.

Zawsze wydawało mi się, że Rachel znalazła się w Rodzinie tylko jako element egzotyki, i żywy przykład naszego obłędnego filosemityzmu. Być może, poza imieniem, nie miała w sobie więcej krwi żydowskiej, niż na przykład ja.



Zegar wybijał późne nocne godziny, my wszyscy zebrani u Princea pompowaliśmy w siebie najbardziej wyszukane alkohole, wykorzystywaliśmy tę możliwość, aby wznieść się ponad radość i ponad smutek. Niestety, bezwiednie stanęliśmy twarzą w twarz z naszą własną pozą, naszą własną obłudą. Dziewczynom zaczął rozmazywać się makijaż, facetom gniotły się garnitury. Z drugiej strony muzyka Gustawa dała nam nadzieję, a być może pokazała drogę.

To od nas zależy, czy okażemy się godni nią pójść.
0
1 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

0 online
Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie