Jadę w góry
kiedy zagubię się w codziennym poplątaniu
i trudno mi ze sobą wytrzymać
jadę dotykać dłońmi
błękitu bezkresnego nieba
ciągnę zbolały worek
swego ciała
wciąż dalej i wyżej
zmywając go mieszaniną
adrenaliny i potu
kawałek po kawałku
aż do oczyszczenia
mierzę czas uderzeniami czekana
a kroki wyznaczam chrzęstem raków
w lodowatej bieli
zawieszam swe życie na kawałku stali
jak na wadze poznania
dobra i zła
w którą stroną przechylą się szale
nie wiem
czy darowany mi będzie
jeszcze jeden dzień
i trudno mi ze sobą wytrzymać
jadę dotykać dłońmi
błękitu bezkresnego nieba
ciągnę zbolały worek
swego ciała
wciąż dalej i wyżej
zmywając go mieszaniną
adrenaliny i potu
kawałek po kawałku
aż do oczyszczenia
mierzę czas uderzeniami czekana
a kroki wyznaczam chrzęstem raków
w lodowatej bieli
zawieszam swe życie na kawałku stali
jak na wadze poznania
dobra i zła
w którą stroną przechylą się szale
nie wiem
czy darowany mi będzie
jeszcze jeden dzień
kolebki maja na szczycie
drogę srebrzystą jak gwiazdy
tęczą się mieniącą
też po drodze konary
gdzie jedni się dziwią
inni podziwiają
a inni mówią
dziwne
tak jeszcze w poślizgu w;))))))))))))))