Matko...

Matko z Kalkuty przyciemniona słońcem

Matko ze znoju ściernisk podkarpackich wiosek

Matko z Sudanu Ghany i Etiopii

tuląca do pustych piersi kostki swoich dzieci

Matko znad palenisk kuchni spływająca potem

Matko oczko po oczku dziergająca powrót

z nosem przy oknie otwartych ramion

Matko z ikon białostockich chałup

gdzie dzień się budzi na klęczniku biedy

Matko wracająca z fabryki na kolanach nocy

płonąca za biurkiem ogniem tęsknoty

Matko w kolorowych stronach poradników gazet

szukająca odskoczni od swojskości bycia

Matko znad łóżeczek płaczem uśpionych poduszek

lniane główki dzieci pieszcząca uśmiechem

Matko dzienna nocna i ponadczasowa

cierpnąca każdą chwilą w każdej chwili mocna

szukająca cienia swój cień oddająca

gniazdom swoich ptaków popatrz

pod ciężarem miłości pochylił się tragarz

już kwiaty całują twój obraz i ręce za mgłą

jeszcze nie odchodź jeszcze bądź

potrzebnym na jutro filarem nieba

Matko za szybko białą chustą z wiersza

zasłoniłaś opowieść swojego dzieciństwa

Karmelitko Bosa o anielskich skrzydłach

uczysz mnie jak to jest gsy brakuje słów

a jeszcze tyle chciało się powiedzieć
0
2 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie