Obrazek z cyklu Opowieści kuchenne

Kiedy Sabinka stała bosymi stopami całe jej lekko niestrawne
ciałko zasysało się w lekkim bezruchu, gdzie jedną stopą zamiatała pod stół
szklane probówki a drugą wgniatała pod dywan nierdzewne struny z gitary barda
moskiewskiego.


Na tym obrazie kopiejki jedynie miały swój blask. Błyszczały
delikatnym alabastrowym płomieniem siejąc przed pogromcami zembolaków niuanse łuny cielistej.
Jak co dzień Zofia matka Sabinki z temblakiem przywiązanym
na szyi krzątała się.
Codziennie rano chodziła do stodoły.

Ferma pachnąca.

Rozsypując to w lewo to w prawo szerokim ruchem cepa karmiła
mrówkojady.

Cierpiała z powodu chudnięcia i niedowagi swoich
podopiecznych. Sama wolała nie jeść niż one miały by cierpieć głód. Zasysała
policzki wyciągając usta do przodu prosiła Boginkę Febrę o rychłą śmierć dla
swoich zmutowanych pobratymców. Z siekierką tańczyła swój ostatni taniec. W
szamańskim uścisku własnego fragmentu nieba, z którym się nigdy nie rozstawała czarowała
przestrzeń leniwą.
1
6 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie