a we mnie gra
•
jest całkiem spokojnie wiatr przestał roznosić kosze
usiadł na tarasie i pogwizduje w stronę dymiącego komina
nawet ładna ta melodia
i ta baletnica w tiulowej bieli
co kręci się
kręci
jakby w pamięci wybierała papieża
a święć jak to nie święci
klaszczą rozrzuceni po niebie
patrzę na noc jak kradnie wylazłe za okna światło
i liże ociężałe wilgocią parapety z tłem garbu księżyca
na którym ostrza samolotów
tnąc sine linie w kółka i krzyżyki
co krwawią się
krwawią
w strugach skurczonego wszechświata
a cisza jak to nie cisza
drażni zarysy koron kruchą gałązką
znudzone muchy resztką siły wcierają cukier
słodząc brzuchy jakby pająkom chciały sprawić frajdę
za kąciki wgapionych oczu
jesiennie ziewających do bladych ściany
co byczą się
byczą
łuskając farbę w kształt słoneczniku
a ziarno jak to nie ziarno
spada na ziemię z siłą meteorytu
a we mnie gra lista dylematów czterdziesty piąty raz
usiadł na tarasie i pogwizduje w stronę dymiącego komina
nawet ładna ta melodia
i ta baletnica w tiulowej bieli
co kręci się
kręci
jakby w pamięci wybierała papieża
a święć jak to nie święci
klaszczą rozrzuceni po niebie
patrzę na noc jak kradnie wylazłe za okna światło
i liże ociężałe wilgocią parapety z tłem garbu księżyca
na którym ostrza samolotów
tnąc sine linie w kółka i krzyżyki
co krwawią się
krwawią
w strugach skurczonego wszechświata
a cisza jak to nie cisza
drażni zarysy koron kruchą gałązką
znudzone muchy resztką siły wcierają cukier
słodząc brzuchy jakby pająkom chciały sprawić frajdę
za kąciki wgapionych oczu
jesiennie ziewających do bladych ściany
co byczą się
byczą
łuskając farbę w kształt słoneczniku
a ziarno jak to nie ziarno
spada na ziemię z siłą meteorytu
a we mnie gra lista dylematów czterdziesty piąty raz
jest całkiem spokojnie wiatr przestał roznosić kosze
pogwizduje w stronę dymiącego komina
nawet ładna ta melodia
i ta baletnica w tiulowej bieli
co kręci się
kręci
jakby w pamięci wybierała papieża
a święć jak to nie święci
klaszczą rozrzuceni po niebie
patrzę na noc jak kradnie wyłażące z okna światło
liże ociężałe wilgocią parapety
w tle ostrza samolotów tną garb księżyca
a cisza jak to nie cisza
drażni zarysy koron kruchą gałązką
znudzone muchy resztkami sił
słodzą brzuchy jakby pająkom chciały sprawić frajdę
byczą się
byczą
łuskając farbę w kształt słonecznika
a ziarno jak to nie ziarno
spada na ziemię z siłą meteorytu
czterdziesty piąty raz
Jest w tym tekście taka miła, ciągnąca się leniwość trwania, a jednocześnie przemijanie w tle. Moim czytaniem naruszyłam konstrukcję, ale to moje czytanie jest samym czyszczeniem, bez dopracowania.