Diabeł światem kołysze
•
Dla Gucci i dla Trussardiego nadeszła wreszcie wiosna. Oboje wiedzieli, że będzie bolesna.
Trussardi miał gdzieś to wszystko, co działo się za oknem. Nie było już Gucci, a więc reszta nie miała żadnego znaczenia. Tak – wybaczcie ten chaos myśli, powodowany zmęczeniem – Gucci i Trussardi rozstali się w samym środku wiosny. Pieprzony majowy weekend. A przecież marzył o kochaniu się z Gucci na łące, wśród pól i kwiatów, tak bardzo chciał zjednoczyć się z Nią i z Naturą, bladozieloną, dziką i pełną obłędu, rozgrzaną słońcem.
Miał jednak swego rodzaju szczęście. Gdy pewnego razu wracał do domu, idąca przed nim dziewczyna ,na którą do tej pory nie zwracał uwagi, potknęła się i runęła na ziemię, na samym środku brukowanego chodnika. Trussardi podbiegł do niej, wyciągnął chusteczkę i w milczeniu obtarł jej krwawiące wargi. Ich oczy spotkały się. „Marina?” – pomyślał, patrząc w te czyste źrenice o migdałowym kształcie. Dziewczyna uciekła równie szybko jak się pojawiła, podniosła się z ziemi, za pomocą jego ręki, i uciekła w pierwszą lepszą uliczkę.
„Zamieniam się w pedofila...” – pomyślał Trussardi. „Przecież to dziecko miało co najwyżej siedemnaście lat. Boże, jakie piękne oczy... To chyba nie sen...” – zastanawiał się, ale gdy wyciągnął z kieszeni chusteczkę, i zobaczył na niej ślady krwi- uspokoił się.
Wrócił do domu, i korzystając z samotności postanowił usunąć ze swego pokoju wszystko, co należało do Gucci. A było tego sporo:
- kosmyki blond włosów
- zdjęcia
- pończoszki
- majtki
- ręczniki
- kosmetyki
- lekarstwa
- tusz do rzęs
Wrzucił to wszystko do jednego kartonu, który schował w dolnej szufladzie.
Zamknięte. To będzie symbol. Oderwania się od tego stworzenia, całego ukrytego w mgławicy swych włosów. Teraz może zrobić tylko jedno – jechać do księdza Tadeusza
I spróbować dowiedzieć się o Gucci całej prawdy. Wiedział już jedno: Gucci uśmierciła własnego ojca. Trussardi nie miał na to dowodów, mógł tylko napisać w wierszu :
„Wśród drzew wysoko szumi tajemnica/jak smutna była cała, cała Wieżenica / Gdy umarł blondyn o imieniu Piotr” To wszystko. Zresztą Piotr, potencjalny teść Trussardiego nie żył już od trzech lat. Teraz zostawał tylko Tadeusz, który z najgorszego wroga stał się najlepszym przyjacielem. W jaki sposób?- o tym może innym razem.
Trussardi przyjechał na plebanię punktualnie o ósmej. Może on sam opowie o tym najlepiej
( Hej Trussardi, nie pal na balkonie tylko chodź i mów dalej sam. )
Trussardi mówi:
Drzwi otworzyła mi gospodyni księdza – Pani Miłka.
- Maurycy... – wyszeptała
- Niech mi Pani mówi Trussardi – broniłem się
- Dobrze, ale...spójrz na mnie. Co Ci się stało z włosami?
- Siwieję, proszę Pani. Proszę tak na mnie nie patrzeć, wiem mam dwadzieścia dwa lata
I siwieję, to nie jest normalne. To tylko skronie.
- Biedny chłopcze – zasmuciła się Pani Miłka, krzywiąc wargi i szarpiąc nerwowo poły
Fartucha. – Widzisz teraz, co Pauli Ci zrobiła? Ostrzegałam Cię, mówiłam.
- Gucci? Proszę Pani... Ja czuję się naprawdę nieźle, jem , piję, śpię, palę jak głupi
Tak jak dawniej otaczam się też dziewczynami. Ostatnio jednak samymi brunetkami, ciekawe prawda? – zmrużyłem oczy (perwersyjnie podkreślone tuszem do rzęs Gucci, który był u mnie w domu)
- Po co ta ironia Trussardi? – Pani Miłka skinęła na mnie ręką, i wprowadziła mnie do
salonu. – Wiem, jak ją kochałeś. Dlatego teraz pomożemy Ci.
- To wy potrzebujecie mojej pomocy , Pani Miłko. Wy wszyscy, z księdzem Tadeuszem
na czele.
- Kochałeś ją... – powtórzyła szeptem pani Miłka. Przypominała teraz jakieś dostojne
antyczne bóstwo. Ja jednak postawiłem na ironię.
- Owszem, kochałem ją tak mocno, że rozwaliliśmy łóżko polowe, a Gucci przez tydzień nie była w stanie normalnie siedzieć... – syknąłem
- Niedobrze z Tobą, Trussardi. Zostaw te informacje dla siebie. Poniżyłeś się przed -
Gucci, nie musisz robić tego przede mną – zakończyła
Trafiła w sedno. Mój ekshibicjonizm stał się nałogiem gorszym niż palenie. Wszystkim przyjaciółkom opowiadałem o szczegółach mojego pożycia z Gucci, nawet napisałem erotyk „Hiszpańskie muchy”, aby większa ilość osób mogła poczuć choć kroplę tamtej rozkoszy i perwersji. Najśmieszniej było z Emilią, która tak się przejęła moim losem, że
próbowała wylądować w moim łóżku, podczas gdy ja od czasu rozstania z Gucci nie pozwalałem się dotykać żadnej blondynce! – mniejsza z tym. Rozmyślania przerwał mi ksiądz Tadeusz, który nagle pojawił się w drzwiach. Jego przystojna twarz wyrażała zmęczenie. Sapał ciężko. Na mój widok rozjaśnił się i powiedział bezbarwnym głosem:
- Trussardi, dobrze, że jesteś, jak to się mówi (frazę „jak to się mówi” używał we wszystkich możliwych kontekstach)
Podszedłem i uścisnąłem jego silną dłoń. ( I pomyśleć, że te dłonie...)
Patrzyłem mu w oczy. Był teraz dla mnie kimś ważnym. My dwaj byliśmy najważniejszymi mężczyznami w życiu Gucci. Teraz czuliśmy się zjednoczeni, silni, cholernie męscy i cholernie uduchowieni.
- Pisała coś do księdza? – spytałem się
- Tak. że da mi jeszcze jedną szansę – to co zwykle.
- Aha. No dobra. Do mnie nic nie pisała. Jest dziwnie spokojna.
- Tak, obawiam się, że to cisza przed burzą, jak to się mówi – powiedział Tadeusz. gładząc siwą czuprynę
Cdn.
Trussardi miał gdzieś to wszystko, co działo się za oknem. Nie było już Gucci, a więc reszta nie miała żadnego znaczenia. Tak – wybaczcie ten chaos myśli, powodowany zmęczeniem – Gucci i Trussardi rozstali się w samym środku wiosny. Pieprzony majowy weekend. A przecież marzył o kochaniu się z Gucci na łące, wśród pól i kwiatów, tak bardzo chciał zjednoczyć się z Nią i z Naturą, bladozieloną, dziką i pełną obłędu, rozgrzaną słońcem.
Miał jednak swego rodzaju szczęście. Gdy pewnego razu wracał do domu, idąca przed nim dziewczyna ,na którą do tej pory nie zwracał uwagi, potknęła się i runęła na ziemię, na samym środku brukowanego chodnika. Trussardi podbiegł do niej, wyciągnął chusteczkę i w milczeniu obtarł jej krwawiące wargi. Ich oczy spotkały się. „Marina?” – pomyślał, patrząc w te czyste źrenice o migdałowym kształcie. Dziewczyna uciekła równie szybko jak się pojawiła, podniosła się z ziemi, za pomocą jego ręki, i uciekła w pierwszą lepszą uliczkę.
„Zamieniam się w pedofila...” – pomyślał Trussardi. „Przecież to dziecko miało co najwyżej siedemnaście lat. Boże, jakie piękne oczy... To chyba nie sen...” – zastanawiał się, ale gdy wyciągnął z kieszeni chusteczkę, i zobaczył na niej ślady krwi- uspokoił się.
Wrócił do domu, i korzystając z samotności postanowił usunąć ze swego pokoju wszystko, co należało do Gucci. A było tego sporo:
- kosmyki blond włosów
- zdjęcia
- pończoszki
- majtki
- ręczniki
- kosmetyki
- lekarstwa
- tusz do rzęs
Wrzucił to wszystko do jednego kartonu, który schował w dolnej szufladzie.
Zamknięte. To będzie symbol. Oderwania się od tego stworzenia, całego ukrytego w mgławicy swych włosów. Teraz może zrobić tylko jedno – jechać do księdza Tadeusza
I spróbować dowiedzieć się o Gucci całej prawdy. Wiedział już jedno: Gucci uśmierciła własnego ojca. Trussardi nie miał na to dowodów, mógł tylko napisać w wierszu :
„Wśród drzew wysoko szumi tajemnica/jak smutna była cała, cała Wieżenica / Gdy umarł blondyn o imieniu Piotr” To wszystko. Zresztą Piotr, potencjalny teść Trussardiego nie żył już od trzech lat. Teraz zostawał tylko Tadeusz, który z najgorszego wroga stał się najlepszym przyjacielem. W jaki sposób?- o tym może innym razem.
Trussardi przyjechał na plebanię punktualnie o ósmej. Może on sam opowie o tym najlepiej
( Hej Trussardi, nie pal na balkonie tylko chodź i mów dalej sam. )
Trussardi mówi:
Drzwi otworzyła mi gospodyni księdza – Pani Miłka.
- Maurycy... – wyszeptała
- Niech mi Pani mówi Trussardi – broniłem się
- Dobrze, ale...spójrz na mnie. Co Ci się stało z włosami?
- Siwieję, proszę Pani. Proszę tak na mnie nie patrzeć, wiem mam dwadzieścia dwa lata
I siwieję, to nie jest normalne. To tylko skronie.
- Biedny chłopcze – zasmuciła się Pani Miłka, krzywiąc wargi i szarpiąc nerwowo poły
Fartucha. – Widzisz teraz, co Pauli Ci zrobiła? Ostrzegałam Cię, mówiłam.
- Gucci? Proszę Pani... Ja czuję się naprawdę nieźle, jem , piję, śpię, palę jak głupi
Tak jak dawniej otaczam się też dziewczynami. Ostatnio jednak samymi brunetkami, ciekawe prawda? – zmrużyłem oczy (perwersyjnie podkreślone tuszem do rzęs Gucci, który był u mnie w domu)
- Po co ta ironia Trussardi? – Pani Miłka skinęła na mnie ręką, i wprowadziła mnie do
salonu. – Wiem, jak ją kochałeś. Dlatego teraz pomożemy Ci.
- To wy potrzebujecie mojej pomocy , Pani Miłko. Wy wszyscy, z księdzem Tadeuszem
na czele.
- Kochałeś ją... – powtórzyła szeptem pani Miłka. Przypominała teraz jakieś dostojne
antyczne bóstwo. Ja jednak postawiłem na ironię.
- Owszem, kochałem ją tak mocno, że rozwaliliśmy łóżko polowe, a Gucci przez tydzień nie była w stanie normalnie siedzieć... – syknąłem
- Niedobrze z Tobą, Trussardi. Zostaw te informacje dla siebie. Poniżyłeś się przed -
Gucci, nie musisz robić tego przede mną – zakończyła
Trafiła w sedno. Mój ekshibicjonizm stał się nałogiem gorszym niż palenie. Wszystkim przyjaciółkom opowiadałem o szczegółach mojego pożycia z Gucci, nawet napisałem erotyk „Hiszpańskie muchy”, aby większa ilość osób mogła poczuć choć kroplę tamtej rozkoszy i perwersji. Najśmieszniej było z Emilią, która tak się przejęła moim losem, że
próbowała wylądować w moim łóżku, podczas gdy ja od czasu rozstania z Gucci nie pozwalałem się dotykać żadnej blondynce! – mniejsza z tym. Rozmyślania przerwał mi ksiądz Tadeusz, który nagle pojawił się w drzwiach. Jego przystojna twarz wyrażała zmęczenie. Sapał ciężko. Na mój widok rozjaśnił się i powiedział bezbarwnym głosem:
- Trussardi, dobrze, że jesteś, jak to się mówi (frazę „jak to się mówi” używał we wszystkich możliwych kontekstach)
Podszedłem i uścisnąłem jego silną dłoń. ( I pomyśleć, że te dłonie...)
Patrzyłem mu w oczy. Był teraz dla mnie kimś ważnym. My dwaj byliśmy najważniejszymi mężczyznami w życiu Gucci. Teraz czuliśmy się zjednoczeni, silni, cholernie męscy i cholernie uduchowieni.
- Pisała coś do księdza? – spytałem się
- Tak. że da mi jeszcze jedną szansę – to co zwykle.
- Aha. No dobra. Do mnie nic nie pisała. Jest dziwnie spokojna.
- Tak, obawiam się, że to cisza przed burzą, jak to się mówi – powiedział Tadeusz. gładząc siwą czuprynę
Cdn.