Tatry-Górale
•
Pośród gór wmalowanych w smreki, limby, hale,
Skalne wiszą wiersycki nad Skalne Podhale.
Z drewna góralskie chaty, na tle ciemnych smreków,
Górską tworzą krainę, wpisane od wieków.
Wkomponował artysta, a że ich tu wielu,
Wzbogacają krajobraz dosięgając celu.
Strome dachy z okapem, z wyżkami na strychu,
Jakby z ziemi wyrosłe, dumają po cichu,
Wszystko w drewnie strugane, powała i ściany,
Podłoga z drewna lita, dzisiaj pobielany,
Sufit zwany powałą. Środkiem chaty sień biegnie,
Czarna, biała izba, stoi przeciwlegle.
W izbie czarnej skupiało się życie rodzinne,
Często aż trzech pokoleń.
W czarnej pokarm warzono, dawniej bez komina.
To i sadzy nalot na ścianach przyczyna,
Zimą często mieszkały i z ludźmi zwierzęta.
Izba biała nazwaną, schludna i od święta,
Domowników gromadzi w chrzciny, dni weselne,
Pogrzeby, odwiedziny i święta kościelne.
Na ścianie pod powałą na szkle malowane,
Szereg świętych obrazów, zdobne oprawiane,
W rogu stół stoi średni, z ozdobionym blatem,
Na nim wazon gliniany z ogrodowym kwiatem.
Sadzano tu dostojnych, domu ważnych gości,
Przy zastawie też godnej, hojnej od możności.
Nad łóżkiem w kiju wisi świąteczne ubranie,
Którym pieczę szczególną powierzał staranie,
Wkładano od święta, idąc do kościoła,
Gdy rodzina gromadką kroczyła wesoła.
Rzeczy szczególnie cenne, korale, dokumenty,
W skrzynię kryły pod ścianą - modlitewnik święty,
Wszystkie meble domowe, ornamenty zdobne,
Do innych krain polskich nie były podobne.
Z prostego tu drewna piękno wykrzesane,
Ręką mistrzów jak z bójki, jest wyczarowane.
Chałpa pachnie modrzewiem lub drzewem świerkowym,
I dymu odrobinką, suszeniem ziołowym.
Z szerokich płazów drzewnych, na zrąb ustawiana,
Mchem pomiędzy balami dobrze uszczelniana.
O dachu rozłożystym, z drewnianego gontu,
Krytą była u szczytów, z tyłu i od frontu,
Razem z okapem, a z tyłu pogródka,
Wiodła do stajni, dalej do ogródka.
I stylowa psia buda, u budy owczarek,
Choć dostojny, tu stróżą wypełniał ofiarę.
Chałpa cieniem chroniła, od deszczu i śniegu,
Tu się halny rozbijał gdy cwałował w biegu.
Budowana na skale, opiera się wiatrom,
Budowana bez gwoździ, dumę mnożąc Tatrom.
Chociaż ziemie piękne, w bogactwa ubogie,
Skarbem lasy bogate, swym runem hendogie.
Ostry klimat nie sprzyja tu w wielu uprawach,
Stwórca w łąki opatrzył, w bogatych murawach,
Do wypasu owiec. W halach tarasowych,
U podnóży wiersycków, skalnych, granitowych.
Stąd od wieków zajęcie, przednie to pasterstwo,
Różne, inne rzemiosła, na czele ciesielstwo.
Słyną po całej Polsce, budownicze domów,
Dłutą artyści, stolarze, pełne ręce roboty
od pracy ogromu.
Śniegi w górach topnieją, zielenią się hale,
We wsiach schodzą gromadnie się wszyscy górale,
Aby spośród gazdów wybrać wpierwi bace,
Winny za organizację i juhasów prace,
Młodych chłopów - pasterzy. Ważne by w ich grono,
Odpowiednie silne owczarki włączono,
Stado chronią od wilków, nie rzadko niedźwiedzia.
Który przez całą zimę w mateczniku siedział.
Teraz wiosną wyrusza. Już redykt wiosenny,
Tradycją napisany, odwieczny, niezmienny.
Wieś żegna z muzyką, odchodzących w hale,
Dźwięczą dzwonki - zbyrcoki, żegnają górole,
Uwijają z szczekaniem owczarki góralskie,
Skore na zawołanie i rozkazy pańskie,
W stadzie trzymią porządek.
Redykt wchodzi na hale, pod szczyty, wysoko,
Od dolin dzielą lasy, ku niebu obłokom.
Zamieszkują w szałasach młodzi juhasowie,
Spośród starszych wybrańców dorośli bacowie.
Najpierw watrę rozpalą, będzie dotąd płonął,
Puki jesienne wiatry z hali ich nie zgonią,
Ogień płonie bez przerwy.
Do wyrobów potrzebny smacznych owczych serów.
Oscypków, ich wędzenia, jak również bundzeru.
Czas upłynie na pracy, a gdy jesień spłynie,
Watrę juhas wygasi, pójdą ku dolinie,
I jesienne redyki wieś śpiewem powita,
W mgielny jesienny welon tym razem spowita,
Owce wrócą do gazdów. W chałupach gaździny,
Będą tkały wełnę, w zimowe godziny,
Do wyrobu rękawic, swetry i skarpety,
Górale zaś kożuchy, serdaki- inne wety.
Józef Bieniecki
Skalne wiszą wiersycki nad Skalne Podhale.
Z drewna góralskie chaty, na tle ciemnych smreków,
Górską tworzą krainę, wpisane od wieków.
Wkomponował artysta, a że ich tu wielu,
Wzbogacają krajobraz dosięgając celu.
Strome dachy z okapem, z wyżkami na strychu,
Jakby z ziemi wyrosłe, dumają po cichu,
Wszystko w drewnie strugane, powała i ściany,
Podłoga z drewna lita, dzisiaj pobielany,
Sufit zwany powałą. Środkiem chaty sień biegnie,
Czarna, biała izba, stoi przeciwlegle.
W izbie czarnej skupiało się życie rodzinne,
Często aż trzech pokoleń.
W czarnej pokarm warzono, dawniej bez komina.
To i sadzy nalot na ścianach przyczyna,
Zimą często mieszkały i z ludźmi zwierzęta.
Izba biała nazwaną, schludna i od święta,
Domowników gromadzi w chrzciny, dni weselne,
Pogrzeby, odwiedziny i święta kościelne.
Na ścianie pod powałą na szkle malowane,
Szereg świętych obrazów, zdobne oprawiane,
W rogu stół stoi średni, z ozdobionym blatem,
Na nim wazon gliniany z ogrodowym kwiatem.
Sadzano tu dostojnych, domu ważnych gości,
Przy zastawie też godnej, hojnej od możności.
Nad łóżkiem w kiju wisi świąteczne ubranie,
Którym pieczę szczególną powierzał staranie,
Wkładano od święta, idąc do kościoła,
Gdy rodzina gromadką kroczyła wesoła.
Rzeczy szczególnie cenne, korale, dokumenty,
W skrzynię kryły pod ścianą - modlitewnik święty,
Wszystkie meble domowe, ornamenty zdobne,
Do innych krain polskich nie były podobne.
Z prostego tu drewna piękno wykrzesane,
Ręką mistrzów jak z bójki, jest wyczarowane.
Chałpa pachnie modrzewiem lub drzewem świerkowym,
I dymu odrobinką, suszeniem ziołowym.
Z szerokich płazów drzewnych, na zrąb ustawiana,
Mchem pomiędzy balami dobrze uszczelniana.
O dachu rozłożystym, z drewnianego gontu,
Krytą była u szczytów, z tyłu i od frontu,
Razem z okapem, a z tyłu pogródka,
Wiodła do stajni, dalej do ogródka.
I stylowa psia buda, u budy owczarek,
Choć dostojny, tu stróżą wypełniał ofiarę.
Chałpa cieniem chroniła, od deszczu i śniegu,
Tu się halny rozbijał gdy cwałował w biegu.
Budowana na skale, opiera się wiatrom,
Budowana bez gwoździ, dumę mnożąc Tatrom.
Chociaż ziemie piękne, w bogactwa ubogie,
Skarbem lasy bogate, swym runem hendogie.
Ostry klimat nie sprzyja tu w wielu uprawach,
Stwórca w łąki opatrzył, w bogatych murawach,
Do wypasu owiec. W halach tarasowych,
U podnóży wiersycków, skalnych, granitowych.
Stąd od wieków zajęcie, przednie to pasterstwo,
Różne, inne rzemiosła, na czele ciesielstwo.
Słyną po całej Polsce, budownicze domów,
Dłutą artyści, stolarze, pełne ręce roboty
od pracy ogromu.
Śniegi w górach topnieją, zielenią się hale,
We wsiach schodzą gromadnie się wszyscy górale,
Aby spośród gazdów wybrać wpierwi bace,
Winny za organizację i juhasów prace,
Młodych chłopów - pasterzy. Ważne by w ich grono,
Odpowiednie silne owczarki włączono,
Stado chronią od wilków, nie rzadko niedźwiedzia.
Który przez całą zimę w mateczniku siedział.
Teraz wiosną wyrusza. Już redykt wiosenny,
Tradycją napisany, odwieczny, niezmienny.
Wieś żegna z muzyką, odchodzących w hale,
Dźwięczą dzwonki - zbyrcoki, żegnają górole,
Uwijają z szczekaniem owczarki góralskie,
Skore na zawołanie i rozkazy pańskie,
W stadzie trzymią porządek.
Redykt wchodzi na hale, pod szczyty, wysoko,
Od dolin dzielą lasy, ku niebu obłokom.
Zamieszkują w szałasach młodzi juhasowie,
Spośród starszych wybrańców dorośli bacowie.
Najpierw watrę rozpalą, będzie dotąd płonął,
Puki jesienne wiatry z hali ich nie zgonią,
Ogień płonie bez przerwy.
Do wyrobów potrzebny smacznych owczych serów.
Oscypków, ich wędzenia, jak również bundzeru.
Czas upłynie na pracy, a gdy jesień spłynie,
Watrę juhas wygasi, pójdą ku dolinie,
I jesienne redyki wieś śpiewem powita,
W mgielny jesienny welon tym razem spowita,
Owce wrócą do gazdów. W chałupach gaździny,
Będą tkały wełnę, w zimowe godziny,
Do wyrobu rękawic, swetry i skarpety,
Górale zaś kożuchy, serdaki- inne wety.
Józef Bieniecki