Feniks

O śmierci
Lecę a pode mną ciemność
Strach, ból, groza, męka, mierność
Iskrę wzniecam piór trzepotem
Światło mym kieruje lotem
Zaś żywotem – nieśmiertelność

Padnę – w popiół się obracam
I znów w pełni sił powracam
I gdziekolwiek lot kieruję
Jarzma śmierci już nie czuję
Kiedy w życie się zatracam

Jakież szanse daje siła
Która ze mnie uczyniła
Twór co życiem równy bogom
Śmierć mym wszystkim dając wrogom
A mnie przed tym uchroniła

Więc się wznoszę nad chmurami
Nad wojnami, ciał stosami
Jam posłańcem jest wieczności
Cały świat to moje włości
Jestem słońcem, niebiosami

Zwalniam lot niech gwiazdy zgasną
Przyćmić pragnę aurę własną
Potrzebuję ciemnej nocy
Aby dostrzec dar mej mocy
Jednak w koło ciągle jasno

Światło w którym ciągle kroczył
Teraz mi wypala oczy
Jasność moje dusz zwierciadła
Oślepiła blask im skradła
W końcu proces mi wytoczy

Słońce wschodzi i zachodzi
Czas wciąż życie nowe rodzi
A ja tkwię jak zapomniany
Twór od śmierci zachowany
Patrząc znów jak świat odchodzi


Ach, zaczekaj łez padole
Śmierci nagnij swoją wolę
Wszystko płynie i dlatego
Nie chcę przeżyć świata tego
I wieczności zostać kole

Jednak cisza odpowiada
Znów umiera gwiazd gromada
Ja dryfuję w gruzach świata
Odliczając swoje lata
Od znaczenia słowa "biada"

Wszystko wprawdzie popłynęło
To umarło, to zginęło
W miejsce zaś błogosławieństwa
Wdał się gorzki jad przekleństwa
Zmiany się dopełnia dzieło

Umrę. Znów jak słońce wzejdzie
Wraz z nim się po niebie przejdę
A gdy ono już nie wzejdzie
I gdy wszechświat już odejdzie
Wówczas razem z nim odejdę.
0
1 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie