Gorączka sobotniej nocy(Panasewiczowi rok xxxx)

Wychodzisz z domu

znów,

w kałużach ręce

myjesz.



Tysiące świateł

cień,

zamykasz jedno

oko.



Schwytany słońca

blask,

w kieszeni ciąży

pustka.



Uśmiechem zabić

chcesz,

krawężnik asfalt

ulic.



Gdzieś w tłumie

widzisz mnie,

tramwaje

są tak długie.



Papieros, księżyc

zgasł,

całuję dziś twe

stopy.



Kalendarz jest

więzieniem,

paznokciem kroisz

muchę.



Kolory wina

smak,

nie trafiasz kluczem

w zamek.
0
2 odsłon 0 komentarzy

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Zaloguj sie aby pisac w shoutboxie